1.05.2024
Dzień jedenasty – Namche Bazaar czyli aktywny wypoczynek
Namche Bazaar /3440m/
Nasz punkt widokowy był jakieś 10 minut dalej, zaraz przy muzeum parku narodowego Samarghata. Ale jakiż piękny widok! Everest, Lhotde i Ama Dablam.
Czekamy na wschód słońca. Jest dość zimno, ale kto by sie przejmował takimi drobiazgami. Podziwiamy pięknie podświetlone wschodzącym słońcem chmury, króre kłębią się nad Everestem i Lhotse.
Nam tu zimno, a tam gdzieś hen za górą słońce gotowe…
Słońce schowane jeszcze za grzbietem, a już widoczność siada.
Podchodzimy pod pomnik nepalskiego pierwszego zdobywcy Everestu czyli Tenzinga Norgaya. Stylistyka pomnika dość.. hmm… papieska.
Niedaleko znajduje się memoriał polskich himalaistów. Ta talicach z czterech stron wypisane są nazwiska tych co zginęli w Himaljachi Karakorum. Długa, za długa ta lista… Trzeba przyznać, że miejsce wybrano pierwszorzędnie. Choć trafić tu niełatwo, bo mało kto wie, że jest tu coś takiego.
Jedna mała tabliczka, tylko po polsku.
Potem wróciliśmy na śniadanie i po przepierce poszliśmy na mały spacer. Zaczęliśmy od ostrego podejścia w stornę dawnego lotniska w Syangboche. Trafiliśmy akurat na na porę wymarszu wszystkich grup trekingowych. Wieć było tłoczno i gwarnie. Na szczęście przy lotnisku wszyscy szli w prawo w kierunku hotelu Everest View. A my w lewo w kierunku wsi Khunde.
Po drodze mijamy pastwiska jaków, nad nami dominuje strzelista sylwetka Ama Dablam.
Podejście strome nie jest, ale to już blisko 3900 metrów i daje się nam trochę we znaki.
Oto i Khunde. Calkiem spora wioska leżąca w cieniu Namche Bazaar.
Sama wioska to zupełne przeciwieństwo Namche. Cicho, spokojnie, ledwie kilku turystów plącze sie po uliczce. Siadamy tu na dłuższą przerwę. Herbata, zupa i odpoczynek. W końcu jest ten odpoczynek w tym dniu wolnym!
Ale nic co dobre nie trwa wiecznie. Trzeba się ruszyć, bo to jeszcze nie koniec „spaceru”. Idziemy wąską scieżką trawersującą pochyłe zbocze. Nagle na środku ścieżki siedzi jak. I tenż ejak nic sobie nie robi z naszej obecności. Spojrał na nas lekko znuzonym wzrokiem, poptrzyl i powrócił do dalszej kontemplacji. No i co? Nie ma odważnych, którzy podejdą i przegonia jaka ze ścieżki. Zatem decydujemy się na wariant obejścia. Stormo do góy, potem lekkoo niewydogny trawers po krzakach i jesteśmy znów na drodze. Ufff!
Nasza radość nie trwała zbyt długo, bo po kolejnej minucie powtórka z rozrywki. Teraz już odpada etap wątpliwości. Od razu trawers…
I znów…
Ścieżka doprowadza nas do grzbietu. Teraz trzeb wspiąć się jakieś 50 metrów. Tu na wysokości ok. 4000 metrów stoją trzy czorterny. To tzw. Memoriał Hillarego. Pierwszy z lewej jest postawiony ku pamięci pierwszego zdobywcy Everestu. Ten środkowy z kolei upamiętnia żonę i córką Hillarego, które zginęły w katastrofie lotniczej w Kathmandu w roku 1975.
Piękne miejsce z pięknym widokiem. Co prawda w tym momencie wiało strasznie toteż pobyt w tym miejscu trzeba było ogranicznyć do minimum.
Patrzę się na zachód. Tam jest gdzieś wioska Thame. Tą doliną mamy w planie wracać z do Namche za dwa tygodnie.
Oczywiście widać Everest i Lhotse.
Tymczasem Namche wygląda jakoś tak dość daleko i nisko. Cóż, trzeba będzie zejść ponad 600 metrów.
Początek stromy, w silnym wietrze. A cel cały czas widoczny.
Po godzinie już znacznie bliżej.
W zejściu spadły pierwsze krople deszczu na tym wyjeździe. Pierwsze cztery.
Wróciliśmy około 16. Zatem nici z naszego odpoczynku. Ot, zwykły dzień treku. Tu dodatkowo zaliczyliśmy wyjście na wschód słońca. Resztę dnia poświęciliśmy na zakupy, jedzenie i w końcu małe nicnierobienie.
Niby tylko jakieś 10 km, ale prawie 800 metów górę i w dół.



























