[gr20] Dzień drugi czyli wchodzimy w wysokie góry.

Posted on BLOG

Dzień drugi czyli wchodzimy w wysokie góry.

24.08.2025

Refuge de l´Ortu di u Piobbu /1550m/ – Refuge de Carozzu /1250m/

7,5km, 650 w góre i 950 w dół.

Dziś wpatrując sie w mapę i przewodnik trasa wydaje się podejrzanie krótka. 7,5 kilometra. Że co? Ale zaraz po tym jest napisane, że to 7 godzin. Hhmm…
Budzimy się koło przed szóstą. Jakoś nie chce nam się wstawać wcześniej. Jano robi sie koło 6:30. Zbieramy się powoli i wychodzimy dopiero godzinę póżniej. Opuszczamy miejsce noclegu jako jedni z ostatnich.

Gdzieś tam nad nami jest Monte Corona, którą obchodzimy w znacznej odległości. Trawers w tym przypadku oznacza podchodzenie pod boczne grzbiety. Ale jest ranek, mamy jeszcze siły.
Schodzimy do stromej bocznej dolinki, przechodzimy przez potok. Chwile dalej mijamy Gdzieś tam nad nami jest Monte Corona, którą obchodzimy w znacznej odległości. Trawers w tym przypadku oznacza podchodzenie pod boczne grzbiety. Ale jest ranek, mamy jeszcze siły.
Schodzimy do stromej bocznej dolinki, przekraczamy potok. Mijamy naznaczone na mapie źródło Source de la Mandriaccia. Ale jego użyteczność dla nas jest zerowa, Mamy nieruszone zapasy wody w plecaku.

Zaczynamy największe na dziś podejście.na przełęcz Bocca di Pisciaghja. Idziemy skrajem stromo nachylonych płaskich płyt. Ciężko złapać rytm, bo co chwila trzeba obchodzić a to jakieś drzewo, a to omijać kamień albo wspinać się na stromy stopień.

Potem juz po skale. Ale najważniejsze jest to, że jeszcze idziemy w cieniu.

Niestety po godzinie podejścia słońce sobie o nas przypomina i już jesteśmy w jego zasięgu.

Droga nie należy do wygodnych. Idziemy po wielkim piarżysku. Trzeba skakać po dużych skalnych blokach, niektóre potrafią się niepodziewanie ruszać, co zdecydowanie nie ułatwia.
Jeszcze nie ma ósmej a słońce już pozbawia nas sił.

W dwie i pół godziny wychodzimy na naszą przełęcz. To już blisko 2000 metrów npm..
I teraz dopiero widzimy, że jesteśmy w prawdziwych górach. Przed nami piękny widok pełen ostrych skalistych szczytów. Po lewej Monte Cinto, najwyższy szczyt Korsyki. Za dwa dni, jak wszystko pójdzie dobrze, powinniśmy na nim być A po prawej widziana wczoraj charakterystyczna sylwetka Paglia Orba.

Odpoczynek nam się należy jak psu buda i kiełbasa w pakiecie!

Wzrok znów najbardziej przyciąga Paglia Orba.

Z przęłęczy idziemy jeszcze trochę w górę, przechodzimy przez grzbiet i zczynamy trawers Capu Ladroncellu (2145 m).

Było kilka miejsc czujnych, ale w większości ścieżka była całkiem wygodna. Teraz obniżamy się ( w kierunku cienia!) w kierunku Col d’Avartoli (1898 m).

Ale tym razem nie jest to droga łatwa i przyjemna. Cały czas stromymi kominkami w górę i po chwili tak samo w dół. Męcząco, choć w cieniu.

Trzeba uważać, no i ręce się przydają, bo są fragmenty wspinaczki.

Kolejny kominek a na jego szczycie piękna szczerba.

W końcu jest! Col d’Avartoli (1898 m).
Półtorej godziny i wiele sił zajęło nam przejście z jednej przełęczy na drugą. A to było ledwie 1700 metrów wg mapy!
Siedzimy jak na patelni, toteż nie spędzamy tu tyle czasu ile byśmy chcieli. Uciekamy stąd!

Teraz na trasie kolejna przełęcz, niby tylko 700 metrów, ale… Wpierw opadamy stromo w dół jakieś 100 metrów pionie, a potem z naddatkiem podchodzimy to po stromej skale. A potem znów góra, dół i to po całkiem wymagającej trasie. Kije schowane, ręce w użyciu.

Wąska skalista ścieżka nagle się kończy Jestśmy na grzbiecie. Przed nami wielka przestrzeń i upragniona ostatnia przełęcz na dziś. Droga dalej wymaga sporej uwagi.

Bocca di L’Innominata
Planowaliśmy tu kolejne posiedzenie, ale była tu tak gorąco i żadnego możliwego cienia, że postanowiliśmy, pomimo zmęczenia, rozpocząć zejście.

Ale kilka zdjęć udało się jeszcze zrobić.

Zejście po osuwających się kamieniach, po piargach, w dzikim słońcu. Stromo. W końcu dopadliśmy do pierwszej choinki i cienia. Niestety nie dało się tam zatrzymać, bo zdaje się ktoś urządził tam toaletę. Trzeba było kilka minut do kolejnej choinki.

Zejścia jest całe 600 metrów w pionie. Jest południe, słońce nie żartuje, szlak składa się z małych drobnych kamieni, z którymi można, po chwili nieuwagi, zjechać w dół.

Po godzinie schodzenia zmieniło się tylko nachylenie, reszta bez zmian. Jesteśmy już chyba ugotowani.

Swoja droga piękna okolica, łądnie tu. Ale nas interesuje ile jeszcze do końca tego koszmaru.

Po dwóch godzinach dotarliśmy na miejsce. Refuge de Carozzu. Znaleźliśmy jeszcze jakieś sensowne miejsce i zalegliśmy w cieniu usiłując się schłodzić. Po godzinie rozejrzeliśmy się po okolicy schroniska i przenieśliśmy namioty na inne miejsca. Dziś wypas! Nocleg na drewnianych paletach.

Przed nami długie popołudnie. Jedzenie, prysznic, polegiwanie. Same fajne rzeczy….

Przyschroniskowy sklepik z dość skromnym zaopatrzeniem. Pieczywa oczywiście brak. Liczymy się z tym, że dopiero pojutrze będzie. I jesteśmy na to przygotowani na szczęście.

Udało się też posiedzieć trochę na bardzo przyjemnym i widokowym tarasie schroniska. Tradycyjnie obiad mamy we własnym zakresie, dziś serwowano, co za niespodzianka!, znów makaron z sosem -)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

CAPTCHA. Wykonaj poniższe działanie *