Dzień dwunasty. Bavella czyli to już jest ( prawie) koniec…
3.09.2025
Bergerie I Croci /1545m/ – Refuge d’i Paliri /1050m/
19km, 1200m w górę i 1700m w dół.
Jej. Jeszcze dwa dni. Nie powiem, bardzo mnie to cieszy, bo ileż można spać na niewygodnej karimacie? Ileż można jeść na śniadanie chleb z pasztetem? Dziś pogoda nie czyni nam żadnych przykrych niespodzianek. Zatem ruszamy na naszą codzienną dawkę mozołu. W planie klasyka w stylu GR20. Będą podejśćia, stromych zejść rónież nie zabraknie. Będzie schronisko po drodze, trochę wspinania się po skałach i nieodłączny żar z nieba.No aż chce się ruszać! Zatem wychodzimy, tradycyjnie jako ostatni.

Na dzień dobry 500m w górę. Ale łagodnie i przy pięknych widokach, więc nie boli..
Wysokie i znajome góry na horyzoncie.

Przecież to Paglia Orba i Capu Cafunatu! Było przecież je widać juz pierwszego dnia. Nawet możńa dorzeć okno skalne na Capy Cafunatu.

Szlak jest bardzo wygodny, leciutko wznosi się ku niewidocznej stąd jeszcze przelęczy.

A za plecami coraz więcej widać. Teraz prócz charakterystycznej Paglia Orba widać też Monte Cinto. Jak to było wieki temu!

Całe to plateau wygląda tak jakoś bajkowo.

Widoki widokami, ale jesteśmy na GR20 zatem królowa też musi być!

Zaraz przełęcz i koniec widoków na północ

Już blisko do przełęczy Bocca Stazzunara (2021 m). Kilkaset metów dalej widać nieodległy Monte Incudine ( 2134m). To ponoć rewelacyjny punkt widokowy.

Wydaje się być całkiem blisko.

Ale nie idziemy na szczyt, uznajemy, że stąd też widać rewelacyjnie.

Ostatnie spojrzenie na północ. Zostają za nami pasma, którymi szliśmy przez ostatnie 11 dni.

Czas na widoki na druga stronę! Tu też jest świetnie. Przed nami poszarpany iglicami masyw Bavella, a na horyzoncie wyraźnie widać odległą o ponad 100km Sardynię!

Na Bavellę będziemy wspinać się jeszcze dzisiaj.

Sardynia już może innym razem…

Posiedzieliśmy z pół godziny, czas ruszać. Na początek czeka nas upiorne zejśćie, 500 metrów dół do schroniska d’Asinau.

Zejście po stromych płytach, czasem trzeba było użyć rąk lub dodatkowego punktu podparcia, czyli tyłka. Po drodze jaszczurka o dwóch ogonach. Aż tak ze mną źle od tego słońca, ona na pewno ma dwa ogony?

W końcu jesteśmy. Refuge d’Asinau – czas na solidny odpoczynek. Słońce nie odpuszcza.

Korzystamy z uroków cienia na tarasie. Do tego zimna cola. Można tak żyć!

Kontynuujemy zejście i tym razem wybieramy trasę górną prowadzącą przez widziane z przełęczy skalne igły Bavella. Oznacza to kolejne, tym razem ostre podejście. I kolejne 350 metrów do górskiego CV ;-D

Znów zupełnie inny krajobraz. Coś pomiędzy Jurą a Stołowymi.

Bardzo ciekawe pod względem widoków, gdyby jeszcze słońce trochę odpuściło.

Ludzi to całkiem dużo, ale prawie wszyscy trafiają tu z nieodległej przełęczy Bavella.

Sa też i prawdziwe emocje!

Kiedy trzeba wspiąć się po gładkiej płycie.

Potem łatwiejsze zejście i tak sobie kluczymy wśród skałek.

By dojść do przełęczy Bocca di u Truvone (1434 m)/

A z przełęczy już tylko w dół do drogi. I do cywilizacji.

Widać już Col de Bavella (1218 m), ale trzeba jeszcze tam zejść. Oczywiście jak przystąło na GR20, jest stormo, są luźne kamienie i trzeba cały czas zachować czujność. Słońce pali, nie ma czy oddychać.

I jesteśmy! Cywilizacja, dużo ludzi, reastauracje, ale niestety sklepu brak.

Rozsiadamy się w barze. Tym razem hamburger z frytkami. I tu się rozdzielamy. Mateusz do roboty musi, a ja jeszcze jeden, ostatni dzień. Ale na przełęczy dzisiejszy etap się niestety nie kończy. Jeszcze zostało prawie 5 kilometrów i oczywiście nie po płaskim!

Wpierw fajny trawers, potem niefajne storme zejście, a potem wspinaczka na przełęcz Foce Finosa (1206 m). Stąd stromo w dól i w 40 minut jestem w Refuge d’i Paliri.

Bardzo ładnie położone schronisko, z widokiem na nieodległe morze. Czuć już koniec!
