Dzień dziesiąty czyli Dzień Świstaka.
1.09.2025
Refuge d’E Capannelle /1600m/ – Refuge de Prati /1810/
18km, 900m w górę, 700m w dół.
Pierwotnie plany były ambitniejsze. Owszem, podstawowy szlak prowadzi sobie trawersem, ale jest też wersja „alpejska” prowadząca przez Monte Renoso. Widokowa, nieco trudna technicznie i prowadząca przez urokliwe, ponoć, jezioro Lac de Bastani. Trochę z żalem, a trochę z ulgą porzucamy wersję ambitniejszą. Trzymają nas terminy powrotu, ale też czujemy się po prostu zmęczeni. Niby ostatnie dwa odcinki były dość łatwe, powinniśmy się zregenerować, ale wciaż idzie się nam ciężko. Chyba jednak to sprawa wysokich temperatur. Słońce sprawia, że nawet prosty etap okazuje się na tyle męczący, że na pod koniec dnia ledwo powłóczymy nogami.
Zatem rano ruszamy znów jako ostatni, kwadrans przed ósmą. Pogoda jak marzenie, ale z drugiej strony oznacza to, że dziś znow słońce da nam popalić. Góry wokół wyglądają zacnie, ale my na początek mamy zejście do płaju. 150m w dół po zjeżdżających i ruchomych kamieniach.

A potem 6km naprawdę wygodnym płajem. Szliśmy głównie w lesie, lekko pod górę.

Czasem otwierały nam sie widoki na całkiem duży grzbiet, na który jeszcze dziś mieliśmy się wdrapać.

W lesie było znośnie, ale jak tylko cienia brakowało to od razu komfort zdecydowanie spadał.

Więc tak wędrowaliśmy od cienia do cienia.

Jakże odmienne te góry od tego co widzieliśmy jeszcze kilka dni temu.

Jakby ktoś był w potrzebie to nawet dało się posilić na szlaku. Choć w sumie to były jedyne grzyby wyglądające na jadalne, które widzieliśmy na Korsyce.

Nasz cel na dziś dosłownie rósł z każdym krokiem. Choć teraz skręcaliśmy w prawo oddalając się od widocznego przed oczami grzbietu.

Nasz trawers wcinał sie głęboko w dolinę, by bez jakiś większych strat wysokości przejść do przełęczy Bocca di Verdi.

Las się skończył. Sucho.

Pocieszamy się, że za kilkanaście minut będzie przerwa w polecanej owczarni Bergerie de Gialgone.

Niestety czeka nas rozczarowanie. ta też zamknięta. Od wczoraj wszystkie mijane bergerie są puste. Owce i krowy zeszły już na dół. No tak. Lato się kończy, dziś 1 września, chyba sezon się skończył.
Jest ładnie, nawet bardzo. Ale błąkające się cirrusy na niebie potwierdzają prognozy pogody, że jutro się niestety zj… zespuje.

Z owczarni kolejne ciężkie zejście do rzeki Ruisseau de Marmanu

Ale potem zostało to nam solidnie wynagrodzone. Ścieżka z dna jednej doliny przeszła do drugiej nie tracąc chyba więcej jak 5 metrów. Korsykański, a raczej pasterski cud!

Docieramy łagodnym zejściem do przełęczy Bocca di Verdi (1289 m). Tu mieści się schronisko Refuge di Verdi. Była pora obiadowa i się skusiliśmy…
Zamawiamy prawdziwego steka wołowego. Jedna porcja na pół. Na nasze ściśnięte żołądki 10 dniowym odwykiem od takich gorących obiadów wystarczy akurat.
Ależ to była wyżerka, nie zapomnę jej nigdy…. 😉

Najedzeni i wypoczęci? No to trzeba pomyśleć o ostatnim stapie dzisiejszego dnia. A czeka na nas podejście, na przełęcz Bocca d’Oru. Jakieś 350 metrów pod górę. No trudno, trzeba ruszać. Zaczyna się bardzo ładnym lasem sosnowym.

Las iglasty się kończy.

I zaczyna sie czarodziejska buczyna! Im wyżej tym buki coraz bardziej poskręcane. Ależ to wygląda!

Buki się skończyły. Strome podejście również. Wychodzę na otwartą przestrzeń. Słońce znika za chmurami, zostało jeszcze dwieście metrów w górę. 
Zaciskamy zęby i idę. Powoli do pierwszego zakosu. Przerwa, potem kolejne trzy zakosy. Przerwa. W międzyczasie dochodzi do mnie Mateusz, który zdaje się odzyskał siły. Albo ja je straciłem. Kilka minut po 15-tej jesteśmy przy tabliczce Bocca d´Oru (1846 m). Na przełęczy wieje całkiem mocno, jest zimno i kłębią się jakieś chmury.

Na dziś zostało jeszcze tylko 15 minut wygodną ścieżką prawie po płaskim.

15;20 i schronisko Refuge de Prati. Nie był to jakiś długi etap, podejść też nie było za wiele. A czujemy, że dostaliśmy w kość. Odliczamy już dni i etapy do końca. Zostały trzy, więc jakoś sie dojdzie. Choć nie mamy marginesu błędu i opóźnienia, samoloty nie poczekają

Samo schronisko pięknie położone. Z widokiem nie dość, że na góry to także na morze 😉. A także na przechadzające się pomiędzy namiotami konie. Trzeba było zachować czujność, bo chwila nieuwagi i już czegoś nie ma z plecaka.

Miejsce może nie było idealne, ale z reguły nie możemy na takie liczyć. Za późno przychodzimy, a nie będziemy przecież uczestniczyć w wyścigu i dostosowywać się do dziwnych turystycznych zwyczajów francuskich turystów. Więc może i jest pochyło, ale za to wstajemy o rozsądnej porze, a i postojów w ciągu dnia sobie nie szczędzimy.

W oczekiwaniu na koniec dnia można było chociażby usiąść na tarasie i wypić codzienną dawkę cukru.

I spać, jutro długi etap, który musimy przejść, by pojutrze wylądować na przełęczy Bavella. Tam się rozdzielamy, Mateusz ma lot dzień wcześniej. A ja, jak się uda, to dochodzę do końca i łapię kolejnego dnia swój lot.
