Dzień piąty czyli na tropie odpoczynku.
27.08.2025
Refuge de Tighiettu /1675m/ – Castel De Vergio /1400m/
14,4 km, 800m w górę i 1100 w dół.
W przewodniku stało, że dziś będzie dzień wypoczynkowy. A my oczywiście w to uwierzyliśmy.
Wstaliśmy nieco później niż zwykle. Raz, że trzeba było odpocząć po czterech forsownych dniach, a zwłaszcza tym ostatnim. Dwa, że dziś ma być łatwo, lekko i przyjemnie.
Wyszliśmy około 7:15.

Po 30 min doszliśmy do schroniska, Bergerie de Ballone. Ponoć bardzo polecane jako alternatywa dla naszego wczorajszego noclegu. Jednak jak sobie pomyślę, że wczoraj miałbym jeszcze przejść ten kawałek to chyba żadne tutejsze udogodnienie nie byłoby w stanie mnie przekonać.

Potem był trawers przez piękny las Albertacce. Co prawda do trawersu było mu daleko, choć mapy.cz uparcie twierdziły że idziemy po poziomicy.

Było dziś gorąco. Choć to mało powiedziane. 30 stopni wedle prognozy na naszej wysokości.

Nasz „trawers” się kończy, skręcamy w prawo w kierunku naszej przełęczy. Czekało nas 600m podejścia.

Zero cienia, Szlak prowadził a to zwykłą kamienną ścieżką, a to po litej skale, a to jakimś skalnym żeberkiem, gdzie należało użyć rąk.

Za plecami coraz rozleglejsze widoki.

Bocca di Foggialle (1963 m).
W końcu przełęcz. Uffff.

Przełęcz nie oznaczała końca podejścia. Czekała nas jeszcze 80 metrowa poprawka.

Odsłaniał się nam potężny Capu Tafunatu ze swoim charakterystycznym skalnym oknem. Lepiej je widać z podejścia na sąsiedni szczyt Paglia Orba. Jednakowoż nie planowaliśmy tego wejścia. Pomijając, że oznaczałoby to pół dnia w bok, to jeszcze droga na szczyt jest bardzo trudna pomimo zamontowanych w kilku miejscach ubezpieczeń.

I zaraz lądujemy w kolejnym schronisku Ciotullu do Mori. Pięknie położonym nad szeroką doliną. Ponoć warto tu zostać na nocleg, bo miejscówka słynie z pięknych zachodów słońca. Ale niestety trafia sie nam w połowie etapu. Idziemy dalej, dziś chcemy spać przy cywilizacji i nie tracić tych kilku godzin.

W końcu jakis przedstawiciel fauny nieoswojonej i nie wypasowej.

Zostawiamy za sobą schronisko i górujący nad nim szczyt Paglia Orba.

Teraz miało być już do końca tylko w dół lub płasko. Poniżej nas dolina potoku Golo, którą prowadzi nasza droga.

W oddali postrzepione granie, za dwa dni przyjrzymy im się z bliska.

Widokowo przepysznie. Ścieżka na początku marzenie. Płaska gruntowa ścieżka. Cud! Aż chcieliśmy całować ją w podzięce.

U nas upał, a tam gdzieś w dole można się pewnie schłodzić w morzu.

Ładny ten sąsiedzki duecik: Paglia Orba i Capu Tafunatu.

Niestety z każdym metrem nasz droga była coraz gorsza. Aż w końcu nasza ulubiona, czyli luźne różnej wielkości kamienie, którę chcą ci wykręcić kostki.
Było już południe i słońce dopiero teraz pokazało nam swoją moc.
Szliśmy piękną w sumie dolina, poniżej płynęła rzeczka pełna naturalnych basenów, małych kaskad, jacuzzi. O jakże zachęcała do kąpieli. Sporo chętnych uległo tej pokusie. My jednak szliśmy dalej, bo robiło się nam słabo na myśl o wystawieniu na działanie słońca przez dodatkowe 30 min.

Dzis poznaliśmy dopiero co to upał z górach. Mamy wszystkiego dosyć.

Dochodzimy do mostu. Idąć w dół 15 minut doszlibyśmy do pięknego ponoć wodospadu Cascade de Radule. Ale wiązałoby się to potem z z większym podejściem. A także ominięciem owczarni, gdzie możn aliczyć na jakiś cień i zimne napoje.
Ja od razu rezygnuję, Mateusz jeszcze się waha. Chce iść, ale po chwili jednak zawraca za mną. Też ma dosyć.

Przechodzimy przez most na drugą stronę i po 15 minutach trawersu, ktorę są jak wiecznośc w piekle, docieramy do Bergeries de Radule. Mają cień i zimną colę. Jest jak w niebie.

Siedzimy chyba z godzinę. Do naszego celu na dziś jeszcze jakieś 3 kilometry i ponoć trawersem.
Ruszamy. Trawers taki trochę góra-dół, ale najważniejsze, że idziemy w cieniu! Od razu lepiej i nawet mamy siłę zachwycać się potężnymi sosnami czarnymi.

Odliczamy jednak każde 100 metrów do końca…

Jesteśmy w jakby cywilizacji. Pić, pić, jeść …pić…
Pole namiotowe bardzo wygodne, równe i trawiaste. Jest całkiem dobrze zaopatrzony sklep, jest restauracja. Co prawda drogo tu niemożebnie, nawet w sklepie, ale cóż. Luksusy ( chleb, pasztet i pomidory) mają swoją cenę.

Dziś zeszło się nam z 9h. I jak ma tak wyglądać dzień odpoczynkowy to ja dziękuję… A jutro ponoć równie wypoczynkowy. Już się boję….
