[gr20] Dzień pierwszy czyli u bram piekieł

Posted on BLOG

Dzień pierwszy

23.08.2025

Calenzana /230m/Refuge de l´Ortu di u Piobbu /1550m/

11,5 km, 1450 m podejść i 250 metrów zejść.

GR20, to długodystansowy szlak w górach Korsyki, biegnący niemal przez całą wyspę. 180 kilometrów do przejścia, 12 tysięcy do podejścia i tyleż do zejścia. Okrślany mianem najtrudniejszego szlaku w Europie.
Brzmi dość groźnie, ale kto by tam wierzył internetom. Najlepiej więc sprawdzić to samemu, nie?

Pomysł chodził za mną przez kilka lat, ale w natłoku różnych innych planów wyjazdowych gdzieś znikał w dalszych rzędach. Ro temu byłem już całkiem bliski, ale nie zdecydowałęm się jechać samemu. Uznałem, że może i trudności są przesadzone, ale tak samemu się porywać… W tym roku jednak machnąłem ręka na te wątpliwości i zakupiłem bilety. Ale potem jednak w głowie pojawiła się myśl, że może jednak jakieś towarzystwo byłoby wskazane. Na szczęście Pojawił się Mateusz, który dał sie omamić wizją dwutygodniowego wypoczynku na środziemnomorskiej wyspie na przełomie sierpnia i września ;-D

A czemu fat&slow ekspediszyn? Idąc szlakiem od samego początku widzieliśmy wyżyłowanych, szczupłych, bardzo szybko chodzących turystów z bagażem, który nam by się zmieścił w jednej bocznej kieszeni plecaka. A my, no coż…

Francja to dziwny kraj. Narodowy przewoźnik sprzedaje na jednym bilecie lot z przesiadką. Przesiadka jest z jednego lotniska na drugie i wymaga przejechania całego miasta. Przewoźnik radzi że najprościej skorzystać z taksówki 🙂
Przejazd zajmuje w teorii 90 min. Ale… Przejazd jest z przesiadką a jak ktoś poznał paryską komunikację to w cyrku się nie śmieje. Strajki, remonty, awarie i inne cuda. Bilet ważny jest 120min. Wiec wyskoczyliśmy w centrum na chwilę pozwiedzać Paryż. W Luwrze byliśmy której niż trwa standardowa wizyta w toalecie 😉 cyk, fotka i lecimy.

Wylądowaliśmy w Calvi na dworcu o wyglądzie zbliżonym do dworca PKS w Parczewie 🙂
Pisałem już że Francja to dziwny kraj?
Otóż na Korsyce nie ma komunikacji publicznej. Są prywatne busy jeżdżące dość rzadko i tylko na kilku głównych trasach. Z lotniska wydostać się można tylko taksówka. Był co prawda bus z Calvi (jeden z dwóch dziennie) ale lotnisko położone jest tylko 5 km do miasta. A bus nei zajeżdza na lotnisko i jedzie bezpośrednio, nie widzi potrzeby zajeżdżania nna lotnisko. Zatem albo 10 kilometów pieszo po asfalcie w dziki korsykański sierpniowy upał albo taxi. Złapaliśmy jeszcze jendego nieszczęśnika z plecakiem i w kwadrans dojechaliśmy do Calenzana na camping. Kosztowało na to po 10 euro od głowy. WNasz camping to raczej proste pole namiotowe. Godzina była jeszcze przyzwoita, wieć odwiedzamy sklep zaopatrując się na kilka dni w górach. Nie odmówiliśmy sobie okazji na test miejscowego piwa. Jest tylko jedno, więc nie ma problemów z wyborem. Nazywa się Pietra. Ma całe 6% woltażu. Pierwszy łyk smakował niczym połączenie Harnasia, Tatry i Desantu. Jednakże z każdy kolejnym opór nieco malał. Domniemuję że w górach po całym dniu będzie smakować wybornie….
Namioty rozbite, budziki na 5:30 ( że co?…)

Właśnie? Czemu o 5:30?
Otóż miejscowy model turystyki zakłada wyjście po ciemku i gonitwę do końca etapu, czyli około 13 😉 Po drodze szybko, szybko. Bez zbędnych odpoczynków w ładnych miejscach, bez spokojnego posiadywania na trasie. To niesamowite. Piękna przełęcz, przychodzimy umordowani, rzucamy tradycyjne PKP ( pięknie k pięknie) i rozsiadamu się celem wylegiwania i podziwiania widoków. A miejscowi wpadają na tę sama przełęcz, jedna fotka i ogień dalej. Do tego biegają z małymi plecakami w czystym stylu fast &light. Cóż. Naz styl zatem nazwaliśmy mianem fat&slow 😉
Zaczynamy z wysokości 230 metrów npm.

Tu właśnie zaczyna się nasz szlak.

Na początek miła prośba mieszkańców miasteczka dla turystów, by nie stukali kijami i nie gadali. Całkiem słusznie ,bo o 5-6 rano to się śpi a nie po górach z plecakiem lata.

Chwilę po starcie, na jakimś 250 metrze naszego szlaku stoi sobie otwarty mały kościół, w sam raz, by pomodlić się w intencji udanego przejścia.

Wychodząc o tej 6:30 byliśmy już na samym ogonie, większość już była przed nami.

A szlak powoli wzosił się w kiedunki naszej pierwszej przełęczy. Takie to uroki piewszego dnia w górach. Z reguły oznacza to końską dawkę podejść. My na dziś mieliśmy w planie 1450 metrów do góry. A do tego dochodzą cieżkie plecaki, bo jedzenie, dużo picia…

Swoją drogą z uwagi na bezpieczeństwo pożarowe na szlak można wyjść tylko do godziny 11. Potem trzeba czekać do kolejnego ranka.

Już niedaleko i będziemy na piewszej przełęczy: Bocca di U Ravalente (650m)

Na razie jest fajnie, słońce schowane. Widoki caraz rozleglejsze. Po przejściu na druga stronę grzbieru idziemy całkiem ładnym trawersem do letniej, ale chyba obecnie nieużytowanej osady pastersiej d’Arghioa.

No i tutaj kończy się wypoczynek a zaczyna praca. 450 metrów podejścia na przełęcz Bocca à U Saltu. Początek nawet całkiem przyjemny, ale w połowie dociąga nas słońce i zaczyna się piekło. Teraz planowanie króciutkich postojów uzależnione jest o dcienia. Jest takowyż, stajemy, nie ma? Idizmey dalej. Niestry drzew jak na lekarstwo i zaczyna nas przypalać.

Jest przełęcz. Ciut powyżej chowamy się w jedynym niewielkim cieniu. Odpoczywamy i kontemplujemy. Ludzie przychodzą, kika szybkich zdjęći lecą dalej. Jedynie dwie grupy postanowiły się ugościć na dłużej. Jedna wybrąła cień z drugiej strony przełęczy, druga przysiadła przy nas. I obie grupy okazały się być z Polski. Czemu mnie to nie dziwi? 😉

Z przełęczy ścieżka prowadziła trawersem po północnej stronie szczytu Capu Ghiovu. I pojawił się las, czyli cień.

Nie trwało to zbyt długo, bo las ustąpił miejsca skałom. A my oczywiście musieliśmy po tym zboczu skakać jak kozice.

Pojawiły się też pierwsze ubezpieczenia. Obeznanym z taką Orlą Percią te trudności nie zrobią wrażenia, acz uważać trzeba. Zwłaszcza jak skała jest śliska.

Tempo jednakowoż siada, bo pokonywanie takich odcinków z cieżkim plecakiem wcale takie przyjemne nie jest.

Łańcuchy sie skończyły. Ale strome podejście niekoniecznie.

I tak doszliśmy do Bocca à U Bassiguellu (1486 m). Nie było tam grama cienia, toteż szliśmy dalej, aż takowy znaleźliśmy. Z may wynika, że to koniec naszego podejścia na dzis, teraz już psokojny trawers do schroniska.

W oddali widać już poważne góry. To Paglia Orba w towarzystwie swego sąsiada Capu Tafonatu. Pod nimi będziemy za kilka dni, ale ich charakterystyczna sylwetka będzie nam towarzyszyła przez większość trasy.

Stąd wygląda, że reszta drogi na dzis już będzie łatwa prosta i przyjemna. W oddali widzimy już nasz obozowisko. Wygląda, że trawersem dojdziemy tam bez większego wysiłku.

Droga ładna, mijamy wielkie, poskręcane czarne sosny, bardzo chakaterystyczne dla Korsyki.

Niestety jest południe i słońce pali niemiłosiernie. Teraz dochodzi do nas prawda o tym, ze największą trudnością na GR20 będzie właśnie słońce.

Troche nas przygrzało, a droga z prostej zrobiła sie niezbyt miła. Cały czas krótkie strome podejścia i zejścia. Plus słońce i ogólne zmęczenie.

O 13:45 byliśmy na miejscu. Niby szliśmy wolno, przerwy były długie, to według naszych przyzwyczajeń jesteśmy bardzo wcześnie!
Tu mieści, a raczej mieściło się schronisko Refuge de l´Ortu di u Piobbu. Mieściło, bo spłonęło kilka lat temu i obecnie postawiono niewielką wiatę na potrzeby kuchni i obsługi turystów.

Spać można w namiotach schroniskowych ( to ten rząd namiotów z decathlonu widoczny na zdjęciu ) lub można robić własny namiot. Jednak, co ważne, musimy mieć wcześniej wykupioną rezerwację! A te szybko schodzą i najlepiej robić to na początku roku. Potem może być różnie, bo są limity. Oferowana jest jedna obiadokolacja, serwowana koło godziny 18 tej. Aby się na nią załapać, trzeba to zgłosić najpóźniej dzień wcześniej. Wszyscu jedzą to samo. Najczęściej będzie to: zupa krem, makaron z sosem i jakiś deser np. coasto lub jugurcik.
W schronisku można też kupić podstawowe artykuły spożywcze typu konserwy, sosy, makaron, pasztety etc. Zaopatrzenie bywa dość różne. Czasem bardzo dobre a czasem symboliczne.

Prąd czasem bywa za opłatą, lepiej jednak mieć własny panel i powerbank. Prócz turystów na trasie można spotkać pełen zwierzyniec: krowy, kozy, owce, konie a nawet kury 😉

Rozbijam się w bezpośrodniej bliskości jadalni. Mateusz kilkanaście metrów niżej.

Odpoczęliśmy, zjedliśmy i można było spokojnie pozachwycać się zachodem słońca.

A ten był całkiem ładny.

A potem zaraz spać. Jutro znów wyjście planujemy o 5:30.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

CAPTCHA. Wykonaj poniższe działanie *