Dzień czwarty – Monte Cinto czyli jeszcze ciężej i jeszcze dłużej.
26.08.2025
Refuge d’Ascu-Stagnu /1430m/ – Refuge de Tighiettu /1675m/
10,9 km, 1350 metrów w górę i 1150 metrów w dół.
Mieliśmy ambicję wyjść dziś wcześniej. Nawet budziki ustawiliśmy na 5:00. Ale jakoś zbieraliśmy się bez entuzjazmu. Ruszamy dopiero około 6:30. I to chyba jako jedni z ostatnich. Pierwsi hałasowali już po 3 w nocy. Rety…
Owszem, dziś w planie najdłuższy i najtrudniejszy dzień. No i wizyta na dachu Korsyki. 10h i 10 km. Jakoś to będzie…
Jeszcze 10 lat temu ten etap miał zupełnie inny przebieg. Prowadził on prosto na południe od schroniska i przechodził przez Cirque de la Solitude. Był to ponoć najtrudniejszy odcinek GR20. W 2015 roku idący tędy turyści zostali zaskoczeni przez wielką burzę. Zginęło 7 osób. Władze w reacji na tą tragedię zamknęły szlak. Wytyczono nowy, przechodzący blisko Monte Cinto. Co w sumie na źle nie wyszło, bo pozwala wędrowcom zaliczyć najwyższy punkt Korsyki. Aby odstraszyć kolejnych śmiałków zdemontowano zabezpieczenia na dawnym szlaku. Obecnie można przejść go w towarzystwie przewodnika. Aczkolwiek ludzie jak chodzili tak chodzą, choć oczywiście skala tego jest znacznie mniejsza.
My nie zamierzaliśmy kombinować, wybraliśmy nowy przebieg, dodatkowo jeszcze planując wejście na Monte Cinto.

Zaczyna się niewinnie, od poziomego trawersu w lesie.

Dochodzimy do mostku. Dolina nad nami robi solidne wrażenie.


Zaraz za mostkiem wschodzimy w skałę. Początek nawet trudny, ale to pierwsze kilka kroków, potem już lepiej.


Po kilkunastu minutach na pobliskim zboczu widzimy trzy pasące się krowy… To my tu bohatersko walczymy na łańcuchach wspinając się rączo… A krowy siedzą i patrzą się na nas beznamiętnie mieląc tylko jęzorem.

Kolejny kominek. Wyglądał trudniej, ale jak postawiło się pierwsze kroki to jakoś poszło.

Cały czas przyjemna wspinaczka w pięknej scenerii.

Wygląda na to, że pierwszą, tę bardziej stromą część mamy za sobą. Traz za to będzie trochę obsypujących się kamieni.

Znów zrobiło się stromo, a drobne kamienie nie ułatwiają podejścia. Kwadras i wychodzimy na próg skalistej kotlinki leżącej na wysokości 2280 metrów. To miejsce na ciut dłuższy postój. Nieopodal niewielka kałuża jeziorka Lac d’Argentu.

Do przełęczy już niewiele, trochę ponad 300 metrów podejścia.

Wpierw zakosy po mocno stromym zboczu i po bardzo sypiącej sie ścieżce. Podeszliśmy pod północną ścianę Monte Cinto, pojawia się cień! Teraz w prawo i lekko trawersując opadające zbocze usiłujemy wykierować się na przełęcz.

Końcówka trudna. Jakiś kryzys i trzeba często robić przerwy na zlapanie oddechu. W końcu, przed 11 jesteśmy na przełęczy Pointe des Éboulis (2607m).

To najwyższy punkt na trasie GR20. Ale można stąd też udać się na pobliski Monte Cinto, który mieni się słąwą najwyższego szczytu Korsyki. Ponoć w godzinę da się obrócić w obie strony. Zbyt kuszące, by się oprzeć. Plecaki zostawiamy pod skałami i ruszamy na lekko.

Ledwo ruszyliśmy od strony szczuty dobiega jakiś Francuz i twierdzi, że da radę w 90 minut obrócić. Hmnn… Ale idziemy.

Trasa bardzo ciekawa, sporo wspinaczki z rękami, zero ubezpieczen, ale nietrudno. Idziemy niestety po południowej stronie grani i słońce które odbija się w jasnych skałach plus brak wiatru czyni wędrówkę ciężkim zadaniem. Po godzinie (!) jesteśmy już pod samym szczytem.

Na szczycie jeszcze dwie polskie grupy, ale jak już pisałem, my zalegujemy, Francuzi lecą.

Siedzimy i sycimy się widokami. Co prawda goni nas czas, ale nie poto weszliśmy na najwyższy szczyt Korsyki, by z niego tak od razu zlatywać.

Przecież trzeba zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie zdobywcy.

Powrót zajął znów godzinę. Jesteśmy umordowani a czeka nas 900m zejścia. Zatem zalegamy jeszcze na odpoczynek. Zrobiło się już pusto, tylko obok nas Polacy gotują sobie obiad w jetboilach.

Chwilę przez 14:30 ruszamy. W krajobrazie dominuje honorna i w sumie znajoma sylwetka Paglia Orba

Idziemy wzdłuż opadającego grzbietu w stronę przełęczy Bocca Crucetta.

Po lewej w kotlinie poniżej jezioro Lac du Cinto.

Podejście pod przełęcz wymagało użycia rąk i wyczucia równowagi na dość stromym trawersie i żeberku. Ale jest i przełęcz. Teraz tylko w dół.

Zejście to istny koszmar. Wpierw po sypiącym się stoku po zakosach.

Potem teren stał się trudniejszy, kamienie większe i trzeba było uważać na każdy krok. Potem trudnezejście przy pomocy rąk po skalnych grzbietach i półkach. A na koniec droda po nieułożonych mniejszych i większych głazach, które wykręcały i tak już krańcowo zmęczone nogi.

Po 2,5h schronisko. Opinie ma dość słabe, sporo ludzi idzie dalej, bo za 30 minut są ponoć znacznie lepsze warunki. Ale nie w głowie nam dalszy spacer.
Łącznie trasa zajęła nam 10,5h. Rozbić namiot, cola, piwo i spać. Choć jeszcze jasno było. Nawet fakt, ze rozbiliśmy się na jakiś kamieniach nie miał znaczenia.

Jutro ma być w końcu łatwiej. Oby.
