Latino – cz. 35
19 września 2014
Sol de Mañana czyli boliwijski gejzer z rury
Jest już całkiem jasno, widzimy w odległości dwustu metrów coś ciekawego, całkiem spory obszar spowity parą. Zostawiamy tłum zafascynowany „gejzerem” i lecimy tam, póki nie ma tam jeszcze nikogo.
Dochodzimy na miejsce i od razu robi się magicznie. Sol de Mañana! Słońce swym różowym światłem zaczyna oświetlać wszystko wokół. Para w promieniach słońca wygląda niezwykle. Podświetla się różnymi plamami, jaśniejszymi, ciemniejszymi. Wszystko wokół jest w ciągłym ruchu. Wiruje, ulatnia się, atakuje ze wzmożona siłą, niknie. I żeby nie było tak cudnie to śmierdzi okrutnie siarkowodorem.
Słońce pięknie oświetliło pobliskie szczyty. Nam też zrobiło się troszkę cieplej. Nie wiem ile jest stopni. Może gdzieś w okolicy -10 stopni. Stoimy pośrodku mocno pofałdowanego terenu, pełnego dziur z których wydobywa się siarkowodorowy obłok. Byliśmy na wysokości niemalże 5000 metrów npm. To co widzimy jest najpewniej kraterem dawnego wulkanu. Podoba się nam to co widzimy.
Słońce poranka komponowało się fantastycznie z tym co tu widzieliśmy.
Prócz wydobywającej pary w wielu miejscach widzimy gotujące się błoto, wypuszczające co chwila bańki z siarkowodorem. Wyglądało to jak gotujący się na ogniu wielki gar z zupą gulaszową. Choć w garze warzyła się jakaś szara nieznana masa, to jednak takie skojarzenia przychodziły do głowy. Może z głodu? 😉 Nie sprawdzaliśmy temperatury wnętrza „gara”, ale należy domniemywać, że wysoka. Wygląda to na tyle niecodziennie, że stoję i patrzę i ruszyć się dalej nie mogę.
Spaceruje się po tym z wielka przyjemnością. Złe wrażenia z nieodległego „gejzera” się zupełnie zatarły. Sol de Manana na szczęscie to nie tylko para z rury. Tak nazywa się ten cały spowity obłokami siarkowodoru, pełen dziur i kipiącego błota. Oczywiście zgodnie z nazwą – trzeba oglądać koniecznie o wschodzie słońca. Wrażenia gwarantowane. Ciekawe, że większość ludzi cały czas stoi przy rurze. Tu jest znacznie mniej ludzi. Niebywałe. Są tam gdzie wysadzili ich kierowcy. A tu, kilkaset metrów dalej, pary więcej, śmierdzi konkretniej, jest bulgoczące błotko, widoki zaiście księżycowe, czy nawet marsjańskie. Nie ma tylko tego spektakularnego świstu. No i nie ma rury.
Wsiadamy do auta. Słońce niewiele pomogło, dalej nam zimno. Kolejnym punktem programu jest kąpiel w gorących źródłach. Przy tej temperaturze jakoś nie ma specjalnego entuzjazmu. Jedziemy.
cz. 8 – Ollantaytambo czyli najdrozszy pociąg świata
cz. 13 – Wyspa Amantani czyli z wizytą u Pachamamy
cz. 14 – Uros czyli wyspa ktora umie pływać
cz. 21 – Kordyliera czyli spacer z widokiem na góry – dzień 2