[Maroko rodzinnie] Odcinek pierwszy czyli co robić w Marakeszu?

Posted on BLOG

19-20.01.2025

Maroko rodzinnie – Odcinek pierwszy czyli co robić w Marakeszu?

Nadeszły ferie zatem trzeba było coś wymyśleć.
Sponsorem wyjazdu został Wizzair. Rok temu zaliczyliśmy 24h spóźnienie, znaczy dłuższą wycieczkę w Norwegii. I z tej racji na konto trafiła znacząca suma z odszkodowania. Właśnie mijał rok ważności środków i trzeba było coś wymysleć. Rodzinna wyprawa na pustynię w środku zimy? A czemu nie? Tak oto zostałem kierownikiem dziesięcioosobowej wycieczki…

Co robić w Marakeszu?
Po pierwsze zachwycić się widokiem palm i błękitu nieba.

No można iść pozwiedzać zabytki. Ale umówmy się, że nie ma tu zbyt dużo do oglądania. Choć chyba turyści nie przyjmują tego do wiadomości. Poszliśmy do pałacu Bahia. Utonęliśmy w tłumie turystów gotowych deptać po sobie, byleby zaliczyć kolejną atrakcję z przewodnika. Wejście było drogie ale za to pajac częściowo remoncie. I można było zachwycić się nowatorską instalacją artystyczną czyli rozebranym portalem a przed nim zdjęcie jaki to on był/i będzie piękny. Ludziom nie przeszkadzało. Wyglądali na zachwyconych.

Jak nie zabytki to może bazar? Niech będzie bazar. Bazar w Medynie przypomniał mi bazar w Stambule. Nuda skrojona pod turystę. Owszem, idzie się zachwycić kolorami, fantastycznie eksponowanym towarem. Uśmiechem sprzedawców …

Można zacząć chodzić bocznymi uliczkami i szukać ciekawych obrazów, sytuacji, zdarzeń, ludzi. O, fajnie! Czasem nawet zdąży się to uchwycić na zdjęciu. Ale rzadko. Bo to chwila, błysk, iskra. Ale w głowie zostaje przecież.
Można wyjść z medyny i iść do współczesnego Marakeszu. Usiąść przy szklaneczce miętowej herbaty i popatrzeć na normalne miejskie życie.
Można obserwować bociany kołujące nad ulicą i tak od razu na sercu jakby ciepłej. Wszak bociany są nasze, domowe…
Można zabłądzić i trafić do garbarni skór. Smród miesza się ferią kolorów i zapachem wyprawianej skóry w pobliskim sklepiku..

Ale co byśmy nie robili, jakkolwiek nie pobłądzili i tak trafimy na plac Dżama El Fna. Dużo by mówić, jeszcze więcej pisać. Uwielbiam to miejsce, bo oferuje tu wiele dla wielu. I nie ma znaczenia czy jesteś lokalesem czy turystą. Są tu i jedni i drudzy. Choć turyści wolą sączyć herbatę na tarasach pobliskich hoteli. Wspólne granie, tańce, opowiadacze historii, łowienie butelek na wędkę, człowiek guma, tatuaże z henny, wróżbitki, małpki, kobry, przebierańcy z wodą… Wszystko to przesiąknięte jest dymem z szaszłyków, tadżinów. Głowy baranie prosto z gara, gotowane ślimaki, smażone ryby i owoce morza, herbatki z imbirem, wyciskane soki…
Pierwsze kroki są trudne, bo każdy zaczepia i prowadzi do swojego stoiska. Po godzinie znaja Cię tu wszyscy. Wiedza że już zjadłeś, więc co najwyżej uśmiechną się, zagadają żartem. Wspomną że może jutro…
Tak, zalecam powolne spacerowanie po placu. Co kilkanaście kroków zmienia się rytm i miesza się muzyka z każdego kolejnego kręgu a całość spowija dym pełen smaków i przypraw…
I w sumie ciekawe, że choć świat się zmienia to plac chyba się skutecznie opiera. Mam wrażenie, że było tu tak samo 50, 100 czy więcej lat temu….

Nie miałem dużo czasu by zatopić się w miasto, bo tym razem pilotuje wycieczkę, z wielką radością oczywiście. Trzeba było ganiać po wypożyczalniach aut… Ale i te kilka godzin pokazały mi, że Marakesz zaprasza do siebie, wciąga i pochłania. Łatwo dać się ponieść i zachwycić.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

CAPTCHA. Wykonaj poniższe działanie *