[reunion] 12 – Piton des Neiges czyli na dachu Reunionu

Posted on BLOG

20 maja 2025

Dzień 12

Piton des Neiges czyli na dachu Reunionu

 

Czwarta rano pobudka. Część idzie, część zostaje, a jeszcze inni wyjdą później. Dwadzieścia minut później ruszamy. Ciemno, bo jakże inaczej. Zimno, wręcz lodowato. Powoli, mozolnie w świetle latarek krok za krokiem. Mamy do podejścia 650 metrów, więc nie tak wcale mało.

Nie idziemy sami, całe schronisko idzie z nami.

Udało się zdążyć na szczyt jeszcze przed wschodem słońca, pogoda dopisuje, więc są pozytywy na początek dnia.

Sam Piton des Neiges to kawał góry, ma wszak 3070 metrów npm. To oczywiście najwyżej położona pozostałość wulkanu.

Neiges oznacza śnieg, czyli po naszemu  Śnieżnik, Śnieżka, Śnieżnica 😉

Pod szczytem widzieliśmy kilka rozbitych namiotów, na szczycie biwakowało kolejne kilkanaście. Sam szczyt ma trzy wierzchołki. Ulokowaliśmy się na niewiele niższym wierzchołku południowym. Ludzi tu niewiele, przynajmniej w spokoju można będzie podziwiać uroki wschodu.

W dole, prawie 2 kilometry niżej Cilaos.

  W końcu jest!

I jest cień wielkiej góry.

Są też i zdobywcy!

Na południu dominuje Piton de la Fournaise.

A dookoła wszędzie ocean.

Przed nami Grand Benare, prawie trzytysięcznik, pewnie też świetny punkt widokowy. Ale się przecież nie rozdwoimy.

Główny szczyt juz opustoszał, toteż idziemy i my w końcu zaliczyć ten najwyższy. W tle widać ten nasz południowy i na końcu jeden z Pitongów czyli Piton de la Fournaise.

Też mam zdjęcie zdobywcy, a co!

Niektórzy z nas spali pod szczytem. Przynajmniej nie musieli się zrywać o 4 w nocy…

Z wierzchołka północnego można było podziwiać fantastyczny cyrk Salazie, którym to szliśmy dwa dni temu. W deszczu i mgle

Ostatnie spojrzenie na szczyt i trzeba schodzić.

Zeszliśmy do schroniska, zapakowaliśmy na siebie plecaki i w drogę! Mamy dziś nad wyraz ambitny plan. Do przejścia ponad 20 kilometrów. Nie wiem czy jest to możliwe, jeszcze takich dystansów tu nie robiliśmy. Ale dobrze byłoby dojść, mamy rezerwacje na kulturalny nocleg w Bourgh Murat. Tam też są inne atrakcje, jak sklep chociażby.

Szlak wiedzie w niezawysokiej kosówce cały czas blisko krawędzi cyrku.

Z tyłu zostaje wielki Piton.

Trzecie cyrk Cilaon w dole. Trudno mi to sobie wyobrazić, ale sporo ludzi idzie na szczyt właście stamtąd.  Wyjście koło północy. 1200 metrów niezwykle stromego podejścia pod schronisko, a po krótkim odpoczynku jeszcze kolejne 650 metrów na szczyt. A potem jak gdyby nigdy nic, prawie 2000 metrów zejścia. Boli na sama myśl.

Wielki Pitong za nami, przed nami nieco mniejszy, ale o wiele bardziej rozleglejszy, Piton de la Fournaise.

Kosówka choć niewielka ponad dwa metry ma, więc widać coś tylko od czasu do czasu.

Szlak  jest trudny. Głazy, mokro. Idzie się wolno i bardzo to wyczerpuje siły. Minęliśmy podmokłe wypłaszczenie i jak to w Reunionie, podczas zejscia musi być też i podejście, podchodzimy na pobliski grzbiet. Z podejścia nieziemskie widoki na kolejna dolinkę.

Podejście jest strome i przepadziste, pojawia się nawet drabina i poręcze.

To długi dzień. Wpierw wschód słońca na szczycie a potem długie, wolne i męczące zejście. Ale widoki cały czas pierwsza klasa.

W zejściu wpierw krzaki, a potem robi się widokowo. I to jak! Zielono, niczym jakaś Irlandia. Pasą się krowy, sielanka…

Tylko te drzewiaste paprocie przeypominają gdzie jesteśmy.

Ale ta zieleń traw…

Sa paprocie, więc jednak nie irlandzka wieś.

Za chwilę dojdziemy do asfaltu, skąd pozostanie nam cierpliwe dreptanie 6 kilometrów do celu.

Dzień w dzień było ciężko. Ale musiał nadejść dzień w którym testowaliśmy i przesuwaliśmy granice.
Jakieś 25km, 800 w górę i 1700 w dół. W sporej części po szlaku składanym się z ruchomych głazów i do tego mokrych.

Z radości, że udało się dojść poszliśmy jeszcze 500m do baru na hamburgery. Nie było co wybrzydzać. Nic inne nie było czynne, nawet sklep. Och, przepraszam. Był czynny salon piękności!
A potem luksusy naszego noclegu możei skromnym pensjonacie. Ale dla nas to było, po tylu dniach namiotu, jak 5 gwiazdek.
Wieczorem zaliczam gorąca kąpiel w wannie która była nieopisaną rozkoszą po trudach dnia jak i całego treku. Byłem w niebie 😉

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

CAPTCHA. Wykonaj poniższe działanie *