22 maja 2025
Dzień 14
Piton de la Fournaise czyli spacer po wulkanie
Obudziliśmy się przed wschodem słońca licząc na to, że pogoda dziś będzie łaskawsza. I faktycznie, nie jest źle! Szybko zbieramy się i ruszamy na brzeg kaldery.

Podejście nie za strome, do tego krótkie, bo jakieś 20 minut. Za plecami znana już nam dobrze sylwetka najwyższego Pitona.

Jesteśmy na miejscu. Zapadlisko przed nami całe w chmurach, ale sytuacja jest dynamiczna.

Chmury przewalały się przez krawędź kaldery. Było widać raz lepiej, raz gorzej.

Przed nami księżycowy krajobraz.

Co chwilę pojawiała się też biała tęcza.

Nie tylko my wyszliśmy na wschód. To samo zrobił oddzial Legii Cudzoziemskiej, króry urządził sobie tutaj poranną przebieżkę.

Ekipa prawie w komplecie.

Piękna ta tęcza. Tym razem nawet jakieś kolory się pojawiły.

Staliśmy tak i podziwialiśmy jak z każdą minutą zmieniał się krajobraz. Chmury wyraźnie szły do góry, a światło było cały czas przepiękne.

Widać już szczyt!

Chmury się rozwiały, zrobiło się pięknie. Zatem wróciliśmy na śniadanie do schroniska. I jak sposobiliśmy się do wyjścia znów lunęło. Chwila konsternacji. Na szczęście niezbyt długa, deszcz odpuścił i w końcu ruszyliśmy.

By zejść na dno kaldery trzeba obniżyć się o 100 metrów po kamiennych schodach.

Zostałem nieco z tyłu, a ekipa już zdobywała niewielki acz malowniczy krater.

Naszym celem był wierzchołek Piton de la Fournaise. Oczywiście umowny wierzchołek, bo przecież to wulkaz z wielim kraterem w środku. Zatem chcemy podejść na krawędź wulkanu.

Otoczenie robi wielkie wrażenie. Szło się po zastygniętej lawie. Nasza „ścieżka” oznaczona jest białymi krokami.

Niesamowite były te zastygnięte jęzory lawy. Niczym korzenie jakiegoś gigantycznego drzewa.


Szlak na wierzchołek mocno trawersuje naszą górę. Po dość stromym podejściu kolejny kilometr praktycznie o płaskim.

Udało się w końcu dojść na brzeg krateru. Z tej okazji znów się pojawiła biała tęcza.

A sam krater ogromny.

Trzeba przyznać, że szło się tu bardzo długo. Niby kilometrów niedużo, ale trzeba sporo kluczyć, podchodzić i schodzić.

Od schroniska niby tu tylko 6 kilometrów, ale zajęło nam to prawie 3 godziny.

Pogoda cały czas stabilna, czas wracać do schroniska.

Znów te niezwykłe „korzenie”.

I kłębiące się gdzieś pod nami chmury.


W oddali Piton des Neiges., na krórym byliśmy dwa dni temu.

Kaldera to jedno wielkie pole zastygniętej lawy. Pełnej spękań, nierówności, fałd.

Zachód słońca spędziliśmy na góre kaldery. A zaraz później popędziliśmy na kolacę do schroniska.
