12 maja 2025
Dzień 4
Zaczynamy czyli witamy w dżungli!
Jeśtemy tak jakby we Francji, zatem rano należało się udać do boulangerie, by zakupić świeże, chrupiące pieczywo na śniadanie i kilka pierwszych dni treku. Przy okazji w gratisie jakby, można było nasycić wszelkie zmysły patrząc się na wielki wybór wszelkiego dobra. Tak, zdecydowanie nie polecam chodzenie na głodnego do piekarni.

Dziś mamy w planie dojść do schroniska Gîte de la Roche Écrite położonego na wysokości 1850 metrów n.p.m. A że zaczynamy niemalże od zera, to wygląda to jakby nieco dość ambitnie. Ale na pomoc przychodzi nam całkiem dobrze rozwinięta komunikacją miejsca i za całe 2 euro wjeżdżamy na 900 metrów. Cudownie! Zatem na dziś zostaje nam „ledwie” drugie tyle.

Pogoda dopisuje. Słońce, ciepło. Przez pierwsze 3 kilometry nasz szlak prowadzi asfaltem. Wchodzimy w las. Co ja piszę… W LAS. Idziemy i nie wierzymy że las może być aż tak niesamowity.
Nie jest to co prawda prawdziwa dżungla, ale dla nas wygląda jak prawdziwa. 
Bo w zwykłym lesie nie ma przecież paproci w formie drzewa, prawda?

Do tego gęsto porastający bambus. Przynajmniej nie da się przypadkiem zejść ze szlaku, bo roślinność tworzy naturalną barierę nie do przebycia.

Dochodzimy do Mamode Camp. Tu się kończy asfalt, jest też duży parking samochodowy. Na parkingiem niewielka drewniana wiata i kilka miejsc pod namioty. Są też oznaczenia i tabliczki na szlaku! Szlak jest „polski” bo oznaczenia ma biało czerwone. Zaczyna się od razu wąską ścieżką.

Ścieżka pnie się powoli do góry. Kluczy, wije się w każdą stronę. Korzenie, drzewa, błoto… Widać ślady niedawnych osunięć ziemi spowodowanych najpewniej przez ulewne deszcze.
Wilgotność okrutna. Plecaki ciążą niesłychanie.

Powoli oswajamy się z widokami, ze szlakiem. Ale dalej nie mogę uwierzyć, że tu jestem. Wszystko tu jest inne, nowe i fascynujące.

Wysokość zdobywamy powoli, nie ma jakiś morderczych podejść.

Po dwóch godzinach dochodzimy do rozstaju szlaków. Wilgotność usiłuje nas wykończyć. Na szczęście w lesie nie brakuje cienia. Chociaż tyle ulgi…

Wyżej zmienia się nieco las. Pojawiają się jakieś wielkie stare drzewa, które swoimi konarami tworzą jakieś magiczne przejście.

Do tego drzewa paprotki…

Po blisko czterech godzinachdocieramy do „schroniska”. Bo to trochę schronisko a trochę nie. Można wynająć domek ( dziękujemy, ale nie skorzystamy), można zamówić obiad ( ale trzeba to zrobić tylko dwa dni wcześniej) Dla nas jest tylko kawa, soki i jedno ( Tak, JEDNO piwo na wszystkich).

Rozbijamy się 200 metrów dalej w lesie gdzieś koło szlaku. Po krótkim rekonesansie udaje się znaleć ładną i widokową polanę i nie po pozostaje nam nic innego jak przenieść się w nowe atrakcyjne miejsce.

Jako, że pogoda ma się dobrze, chętni idą na pobliski punkt widokowy, leżący na zboczu Roche Écrite (2276 m). Na sam szczyt nie ma specjalnie chętnych, poza Robertem. Zostawiamy go sobie na jutro rano.

Stąd też dobrze widać, pewnie nie tak jak ze szczytu, ale jakoś ten pierwszy dzień dał nam w kość.

A widoki też są, choć nieco ograniczone. Ale na taką okolicznośc targam drona, by zobaczyć nieco więcej niż z poziomu ziemi. Z powietrza widać najwyższe szczyty Reunionu. I pięknie płożące się chmury w dolinach.
Po lewej widać Roche Ecrite, nasz cel na jutrzejszy wschód słońca. A na ostatnim planie najwyższy szczyt całej wyspy czyli Piton des Neiges. Ponad 3 tysiące metrów i jak wszystko się uda to będziemy tam za jakiś tydzień.

Chmury zalegające w cyrku Mafate wyglądają przepięknie.

W drugą stronę Ocean Indyjski również zasłoniony przez chmury.



Wracamy do namiotów. Kolacja i nastawiamy budziki na 4:15. Zgroza. Serio na wakacjach jesteśmy?
