15 maja 2025
Dzień 7
Kanioning czyli poznajemy cyrk Mafate.
To miały być wakacje relaksu i lekkiego treku. A skończyło się jak zawsze. Czyli krew pot i łzy 🙂
Teren jest niesamowity. I ciężki. Odciski płaskie dłuższe niz 50 m są do policzenia na palcach jednej ręki. W górę i dół.. Słońce dokłada swoje. No ale nic to, trzeba jakos przeżyć 😁Jak legii cudzoziemskiej, która tu często ćwiczy…
Idziemy już cztery dni. Wszystko mamy wilgotne. Ciuchy, spiwory, namioty. Raczej nie unosi się za nami ponętny zapach. Chodzimy wbici w ziemię przez ciężkie plecaki. A Francuzi głównie z plecakiem 10 litrów z wodą myk myk i już ich nie ma. A do tego po ich przejściu unosi się taki dziwny powiew świeżości. Jak oni to robią?
Gdzie my popełniliśmy ten błąd? 😁

Dziś dokonaliśmy małej korekty trasy i ruszyliśmy. Z mapy wynikało, że na odcinku 3 km mamy 12 razy przejść przez rzekę. Pierwsze przejście polegało na zejściu stromo w dół po obłych kamieniach, przejściu przez wodę w sandałach i wspinaczce na drugi brzeg. Stąd szybka decyzja, że chyba lepiej sprawdzi się kanioning😁

Nie byliśmy przekonani czy nam się uda iść rzeką, bo na pierwszy rzut oka wygląda to słabo. Jakieś wielkie głazy, pionowe obrywające sie brzegi uniemożliwiające wycof na brzeg. Cóż. Jest zabawa.

Misza do kanioningu przekonał się jako ostatni i w nagrodę musiał zjechać do koryta przez pionową ściankę.

Wszystko było dobrze do czasu jak naszym oczom ukazała się niewielka zapora…

I co teraz? Stoimy i rozglądamy się nieco bezradnie na wszystkie kierunki. Ale cud! Jest jakaś ścieżka w górę.

Obsypująca się, nie wiadomo dokąd prowadzi, ale to chyba jedyna, prócz powrotnej, droga, którą możemy iść.

Kilkanaście metów nad doliną ukazuje nam się najprawdziwsza sztolnia!

Przeszliśmy na drugą stronę. Co za ulga. Szliśmy wariantem dolnym, choć jak widać, wariant górny prowadzący mostkiem też należało uznać za atrakcyjny. No przecież się nie rozdwoimy!!

W głębokim kanionie przynajmniej było sporo cienia. I uspokajający szum wody…

Cały czas była z nami myśl, co będzie za kolejnym zakrętem.

Noi za kolejnym zakrętem okazało się, że trzeba wspiąć się strome zbocze, by ściąć spore zakole naszej rzeki.

I naszym oczom ukazał się widok dośc imponującą w kształcie górę.

W końcu porzuciliśmy rzekę i weszliśmy na szlak. Czyli stronę schody w pełnym słońcu. Auć! Na trasie kolejna kapliczka, tym Matka Boska Zakratowana.

Podejście bardzo ciężkie. W słońcu, strome schody… Po kilkudziesięciu minutach naszym oczom ukazała się zapowiedź raju.

To ON, najprawdziwszy bar. Z zimnymi napojami, z cieniem. Z widokiem. Raj!!!
Niestety nie da się niestety spędzić całego dnia w barze ( hmnn…) i trzeba było wracać na schody.

Wróciliśmy do naszej prozy życia. Schody i słońce.

Im wyżej to widoki robiły się coraz ciekawsze

Wody nie brakuje, często można spotkać ją w postali takich wodopojow.


Weszliśmy w jakieś wielkie zapadlisko, z którego w górę prowadziła wąska dolina. zaczynała sie betonowym chodnikiem i rozpiętą poręczówką.

Do naszej wioski, Ilet des Orangers, będącej cele na dziś, pozostało jeszcze z godzinę podejścia taką dolinką. Pieknie zieloną, porośnietą wszelaką roślinnością. Pomimo zmęczenia zachwycamy się oczywiście.

Tabliczka już jest. Ale wioski jeszcze nie ma. Bardzo liczymy na tutejszy sklep.

Niby wioska już jest, a tymczasem wciąż niekończące się schody.

Trzeba było jeszcze 10 minut podejść krok za krokiem.

Doszliśmy do centrum wioski. Coś małe to i niepozorne. A gdzie ten sklep? 
Niestety okazało, że jedeny sklep jest po drugiej stronie całkiem dużego jara. Auć…

A potem było jedzenie, picie, picie, siedzenie, odpoczynej, picie…
Było jeszcze dość wcześnie, a nadmiar szczęścia i dobroci ze sklepu spowodował wzrost optymizmu i w zwiazku z tym postanowiliśmy pójść do kolejnej wioski. Co oznaczało 5 kilometrów, 800 metóww dół i 600m w górę.

Trudno, idziemy. Wpierw fajnie, bo w dół. Zeszliśmy na dno doliny a tam drużyna skautów właśnie rozbijała swoje obozowisko. Skauci chodzili w starym stylu. Duże obwieszone plecaki, wielkie garnki, menażki.

W drugiej części dnia słońce jakby się częściej chowało i sprawnie weszliśmy na przełęcz skąd widoki długo nas nie puszczały w dół.

A jakoś też nie chciało nam sie ruszać dalej. Skoro tak ładnie tu… Chmury się kłębiły, słońce czasem sie przebijało.

Powoli robiło się ciemno i trzeba było ruszać. Po drodze Matka Boska Mineralna.

Z przełęczy zeszliśmy w 30 minut do schroniska w Chez Judes. Nocka na polu przez schroniskiem. Bardzo zresztą ładnie położonym.

