[reunion] 9 – Cyrk Salazie czyli beskidzka klasyka.

Posted on BLOG

17 maja 2025

Dzień 9

Cyrk Salazie czyli beskidzka klasyka.

 

Skonam a wypocznę 😁
Dziś było trochę jakby beskidzko. Znaczy padało, padało, było trochę asfaltu, przeprawy przez strumienie i konsumpcja darów lasu. Oczywiście doszliśmy po nocy, ale chyba nikogo już to nie dziwi ..
Zatem może od początku.

La Nouvelle położona jest zaiste pięknie. Na wyniesionym w górę kawałku płaskiego terenu. Widoki wokół tradycyjnie jak na Reunion, czyli oszałamiające.    

Ruszamy. Dzis w planie zmiana cyrku. Żegnamy Mafate  i będziemy schodzić do kolejnego, Salazie.

Idziemy w kierunku przełęczy. Ponieważ za nią jest parking i jest sobota, to trasą idą wręcz setki ludzi. Na miłą wycieczkę do cyrku Mafate. Każdy z mijanych turystów snuje za sobą zapach odurzającej świeżości. Zastanawiam się co snuje się za nami…

Co do świeżego zapachu – zagadka wyjaśniła się po tygodniu. Otóż tak pachnie miejscowy repelent przeciw komarom. I czar prysł…

Teren sie jakby nieco wypłaszczył. Pojawiły się bajkowo poskręcane drzewa.

Niestety też zaczęło padać. Wierw lekko, jakieś nieśmiałe krople.

Potem już deszcz nabrał tempa i zaczął się reguralny opad.

Ubierać się czy nie, to było najpoważniejsze pytanie. Leje co prawda, ale jest ciepło.

Cały czas pniemy się na Col des Boeufs (1956 m). Końcówka nie dość, że stroma, co jeszcze w ulewie, śliskich stromych stopniach i potokach wody płynącej naszym szlakiem.

W końcu jest przełęcz.  Może i jest tu ładnie. Ale niestety tego nie wiemy. Widoków brak. A, nie, jednak wiemy. wiemy. Zapewne pięknie i oszałamiająco 😁

Mieliśmy schodzić szlakiem, ale ten w deszczu zrobił się bardzo śliski więc wybraliśmy biegnący naokoło asfalt.

Asfakt miał jeszcze jedną zaletę. Można było złapać stopa, dzięki czemu w podgrupach częściowo zeszliśmy, częściowo zjechaliśmy sześć kilometrów dalej i 600 metrów niżej.

Dalej już pieszo. Ale wcześniej zrobiliśmy popas. Było deszczowo, wilgotno i całkiem ciepło. Przed sami cykr Salazie. Znów inny, zielony, świat

Weszliśmy w jakiś bardzo owocowy raj. Najpierw jakieś dyniowe, zwie się to kolczoch jadalny. Ale był jakiś twardy i nie byliśmy pewni czy jest już dojrzały.

A tego rosło wszędzie dużo jak mirabelek. Głód zwyciężył. Google powiedziało że to gujawa truskawkowa. Jadalne! I dojrzałe. Trudno, raz się żyje. I było to pyyyszne. W smaku coś pomiędzy truskawka a poziomką. A nie trzeba się schylać! Choć trzeba uczciwie przyznać, że na taki ryzykowny krok zdecydowało się ledwie kilku desperatów. Reszta patrzyła sie na nas z lekkim niepokojem.

A potem spotkaliśmy kolejne drzewo owocowe..była to gujawa i była równie pyyszna. Tak to możńa żyć!

Było wciąż deszczowo i bardzo parno.

Były też dodatkowe atrakcje, dwa huczne spienione potoki, które wymuszały zdejmowanie butów.

A potem szlak zrobił się wygodny, to znaczy była to prosta ścieżka, a wręcz droga.

Jeszcze tylko mostek wiszący, ostre podejście do drogi. I ostatnie dwa kilometry po stromym asfalcie. W ciemnościach, bo w międzyczasie dzień zamieniła się w noc.

W końcu camping. Choć jak rozwiesiliśmy nasz majdan to raczej nazleżałoby nazwać to CAPING. Śmierdzi u nas absolutnie wszystko.

Na szczęscie była ciepła woda i prysznice. Cywilizacja!

Ponad 20 km dziś wliczając stopa 😁
Jutro sklep i krótki etap. Tak, wiem. Już tak miało być kilka razy. Ale może w końcu sie uda…..

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

CAPTCHA. Wykonaj poniższe działanie *