11 maja 2025
Dzień 3
Saint Denis czyli poznajemy stolicę.
Dziś dzień na wypoczynek, zakupy i aklimatyzację na miejscu. Wszystko to połączone ze zwiedzaniem stolicy. Plan zatem wygląda doskonale. Leniwie i bez pośpiechu.

Zaczynamy od wizyty w sklepie i piekarni.

Zwiedzanie zaczynamy od parku. Zresza, zwiedzanie to chyba nieadekwatne słowo. Po prostu wyszliśmy spacerowym tempem w kierunku oceanu. Park był pierwszy po drodze. Zajrzeliśmy szukając jakiś egzotycznych rośłin. Owszem, pełno ich wokół!


Od parku idziemy prostą ulicą, kiedyś chyba najbardziej reprezentacyjną. Mijamy pobudowane dawno temu willle, najczęściej w stylu kolonialnym. Ich czasy świetności odeszły w niepamięć jak i kolonialna potęga Francji.

Ulica była senna i pusta. Może dlatego, że była niedziela? Kto wie? Domy wyglądały na opuszczone i mocno zaniedbane.

Ale daktyle był jak najbardziej realne.

W prawo można dojść do meczetu, ale to sobie zostawiamy na później.

McDonalds doskonale wpisywał się miejscową, stonowaną i lekko starą architekturę okolicy.

I jest ocean! W towarzystwie armat, kiedyś broniących dostęp do portu.

W pewnym momencie przechodząc koło sklepu okazało się, że dziś te otwarte są tylk odo godziny 13. Co oznacza, że mamy jeszcze 15 minut na zakupy na dalszą część dnia. A ponieważ mieliśmy w planie zakup jakiegoś miejscowego piwa i usiąść gdzieś w spokojnym ZACIENIONYM miejscu… W sklepie duża gorącza zakupowa, tłumy miejscowych kupują w zasadzie to co my.

Udaliśmy się nad pobliską rzekę. A tam w roli największej atrakcji wystąpiła jaszczurka, dzielnie i cierpliwie pozująca wszystkim fotografom.

Tak w zasadzie nie było co tu robić. Saind Denis w weekend jest opustoszały, knajpy dopiero otwierane wieczorem. Turystów brak, bo ci rezydują w pobliskich kurostach i na plażach. Słońce praży niemiłosiernie, a w poszukiwaniu toalety i cienia trafiamy do meczetu.

Ożywcza klima, aż chce się trochę posiedzieć.

Niektórzy chcą się bliżej zapoznać z oceanem, ale z tym trzeba ostrożnie. Jendak większa fala i śmiałkowie wracają zmoczeni do czubka głowy.

Wspominałem, że w Saind Denis nie ma specjalnie co zwiedzać, ale ponoć warto było zajrzeć do tamilskiej światyni. No to zajrzeliśmy, a raczej podjeliśmy próbę. Zakładamy, że jest co oglądać 😉

Dzielnica tamilska wyglądała fajnie, ale chyba warto tu się pokręcić w dzień roboczy. Targowisko, uliczne stoiska z jedzeniem. Teraz oczywiście, jak na złość, pusto i tylko lekki wiaterek hula…

Zrobiło się popołudnie i okazało się, że o tej porze ludzie gromadzą się na nadbrzeżu. Otwrzyły się budy z jedzeniem, można było w końcu zapoznać się z klimatem tego miejsca.

I tam wszyscy siedzą i podziwiają kolejny zachód słońca.


Czas na nas. Trzeba się przepakować, zostawić depozyt w hotelu i przygotować na jutro.
