[Turcja] Stambuł czyli na tropie miasta cz.1

Posted on BLOG

11.01.2025

Stambuł czyli na tropie miasta cz.1

Stambuł. Zimno, ciemno i pada.
Wychodzę na plac pod Hagia Sofia i zostaję otoczony przez tłumy turystów. Tureckie wycieczki szkolne, Koreańczycy, Rosjanie. Nie, nie podoba mi się tu.
Zaglądam pod Pałac Topkapi. To samo. Wstępy kosmicznie drogie. Pałąc Topkapi – prawie 60e, Wieża Galata – 30e, Cysterny? 25e, Hagia Sofia? 25e i można wejść tylko na galerię na piętrze. Pójśc i popatrzyć się na wchodzących za darmo Turków? Przecież to nie ma sensu, zwłaszcza, że już tam kiedyś byłem.
Ale spokojnie. Zabytki są dla turystów. Stambuł to przede wszystkim ludzie. Wirujący tłum, odgłosy zawodzących muezinów, dym z pieczonych kasztanów, smród ryb od morza i zapach mieszających się przypraw. Idę za tłumem.

Wpierw Wielki Bazar. To jeszcze nie jest to. To nie bazar, to wygląda jak skrojony market pod gusta turysty. Blichtr, złoto, towary premium. Nuda. Torebki, jeszcze więcej złota, Cudownie skrzące tysiącem kolorów lampy. Tu deszcz nie pada, jest ciepło. I tylko przemykający szybko i z gracją młodzi chłopcy donoszący herbatę w tych charakterystycznych szklankach przypominają, że życie jest gdzieś indziej.

Wychodzę z bazaru. Znów deszcz zacina, schodzą powoli coraz niżej i niżej. Bliżej morza. Znów nawoływania muezina. Teraz brzmi to już realniej. Niby to samo: wszędzie sklepy i stoiska. Ale czuć, że powoli przenikam do trzewi miasta. Ręczniki, pościele, garnki, mydło i powidło. Turyści się skończyli. Zaczyna się miasto.

Pojawiają się stojące na ulicy stoliki. Przy nich dym i wielkie ruszty z kebabem. I ludzie, którzy na chwilę zatrzymali się by zjeść coś na szybko. Sa krążący ze szklaneczkami herbaty i tureckiej kawy. To są zapachy których szukałem. Ide dalej. Jest coraz intensywniej. Zapachy przypraw, oliwek, ostre aromaty serów.

Po chwili kwartał ulicy, gdzie panowie z czarnymi sumiastymi wąsami mielą i sprzedają kawę. Nos już nie wie co właściwie się dzieje. Wszystko zaczyna radośnie pulsować i wirować. Nawet deszcz nie przeszkadza.

Docieram pod most Galata. Tu rządzą oczywiście nieśmiertelni wędkarze, co chwilę wyciągający z morza całkiem ładne makrele. Stoją jeden przy drugim przez całą długość przeprawy. A nad nimi krążą mewy w nadziei na kolację. Obok długa kolejka po Balik Ekmek, czyli grillowaną makrelę zawijaną w pitę w towarzystwie sosów, sałatek, kiszonek i ostrych przypraw. Warto było czekać ponad kwadrans, bo uczta to niesamowita.

A w międzyczasie nastała szarówka. Teraz mrok ucinają głównie światła stoisk z gotowaną kukurydzą, pieczonymi kasztanami, świecą wystawy kawiarni, sklepów z tureckimi słodyczami, sklepików ze spożywką… I światła samochodów stojące w korkach.

Doszedłem do stacji Sirkeci, onegdaj końcowego przystanku pociągu Orient Express. No i na dziś chyba i dla mnie koniec tej podróży. Trzeba iść do hotelu wysuszyć ciuchy i zebrać siły na jutro. Dalej ma padać. Chyba trzeba przeprawić się na drugą stronę, do Azji…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

CAPTCHA. Wykonaj poniższe działanie *