10 maja 2024
Dzień dwudziesty – Cho La czyli druga przełęcz.
Dzongla /4830m/ – Cho La /5368m/ – Dragnag /4680m/
Dystans: 9km, w górę: 610m , w dół: 760m
Dziś w planie czeka nas przejście przez kolejną przełęcz. O ile oczywiście pogoda nam łaskawie pozwoli. Pobudka o piątej. Za oknem szaro i ciemno. Niestety widzę wszędzie chmury. Ale na razie planu ni ezmieniamy, zobaczymy jak będzie jak będziemy wychodzić. W godzinę się zbieramy, jemy szybkie śniadanie i wychodzimy. Patrzymy nieco posepnie na otaczające nas chmury. Co tu robic? I w tym momencie pojawia się piewsze okno w chmurze! A w nim kawałek góry i błekit nieba. Cud!
Jest nadzieja! Zatem ruszamy w górę. Szlak zasypany śniegiem, ale na szczęście tylko trochę, choć trzeba uważać, by się nie złapać jakiegoś poślizgu…
Z każdą minutą jest lepiej.
Po godzinie się wręcz rozpogodziło. Zobaczyliśmy najprawdziwszy błękit nieba! Co prawda chmury wisiały wszędzie ale to i tak zdecydowany postęp!
Słońce gdzieś tam wysoko świeci, ale u nas zimno, Nawet bardzo.
Ludzi niewiele, jakaś grupa poszła dobre pół godziny przed nami, a tak poza tym to cisza.
Dochodzimy w końcu do słońca i od razu robi się ciepło. Co za ulga. Szlak prowadzi teraz ostro w górę po śliskich zaśnieżonych kamieniach, czas więc założyć raczki. Pierwszy raz na tym wyjeździe, przynajmniej nie będą robić za nadbagaż.
Jako, że było biało i słońce mocno świeciło zaczęło się robić ciepło. Coraz cieplej.
Szło się dośc ciężko. Może dziś forma nie dojechała? Nie wiem.
Przełęcz coraz bliżej, przed nami wyrósł lodowiec, przez który prowadzi nasza droga.
A za lodowcem widać już nieodległą przełecz.
W tym miejscy robimy przerwę na odpoczynek. Poprawiamy raczki, bo choć lodowiec jest dość prosty, to jednak jakiś lód może się trafi 😉 .
A jak przerwa, to jest czas i sposobność podziwiać piękne widoki. W głównej roli Ama Dablam.
Ruszamy…
Na lodowcu zrobiło się bardzo gorąco, a ja miałem jakis totalny kryzys. Droga prawie płaska, a ja odliczam kroki. Wpierw po trzydzieści, potem po dwadzieśćia, piętnaście… Koszmar… Wydaje się, że to się nigdy nie skończy. Nie mam sił, jest mi gorąco, w głowie się kręci najpelniej z wysiłku. Nie pamiętam kiedy doprowadzilem się do takiego stanu zmęczenia. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że dopadła mnie w końcu słynna choroba Khumbu czyli duszący kaszel i pewnie antybiotyki nie pomogły w kondycji.
I tak krok po kroku. Lodowiec się kończy, zostało kilkanaście metrów stromej lekkiej wspinaczki na samą przełęcz…
W końcu jesteśmy… Co za ulga. Nawet nie zauważyłem, że pogoda się zmieniła. Pojawiły się gęste chmury, słońca już nie ma, za to pojawił się wiatr. A le to drobiazg, weszliśmy i to się liczy..
Pamiątkowe zdjęcie, a jakże!
Z lekkim zdumieniem widzimy na przełęczy ciekawą konstrukcję. Otóż to solarna ładowarka. Przewodnik sprawdza, działa! Czego to ludzie nie wymyślą…
Zaczynamy. Początek zejścia jest dość stromy, zaśnieżony i zalodzony. Nawet zamocowane są tu jakieś stalowe liny, ale wskazana jes t ostrożność, bo łatwo się skaleczyć uszkodzonym kawałkiem drutu. Okazało się że warto było nosic raczki przez cały wyjazd właśnie dla tego trwającego kwadrans zejścia.
Widać, że niżej śniegu już nie będzie.
W dół tradycyjnie schodzi mi się dobrze, niezależnie od samopoczucia 😉
Ale to długie zejście miało niestety przykrą niespodziankę. Krókie, bo liczące ok 100 metrów, podejście. Znów wchodzę na ostatnich nogach…
Na przełączce zimno i porywisty wiatr, który zgania nas w dolinę..
Zejście nie chce się kończyć. Powoli już mamy dość wypatrywania naszej wioski.
W końcu widać, choć jeszcze trzeb asporo zejść..
Droga z Chola zajęła nam 2,5 godziny.
Cieszymy się bardzo, że na dziś koniec…
W wiosce przyjemna niespodzianka. Nasza lodża jest doskonała. Chyba najlepsza od 10 dni. Pyszne edzenie, gościnni gospodarze, czysto i wygodnie. I ciepło. Czego chcieć więcej?.
Zatem jeść, pić, odpoczywać i spaaaać… 😉 Jutro będzie luźny dzień.

