17 maja 2024
[W stronę Everestu]. Dzień dwudziesty ósmy – Koniec treku czyli gówniana droga do jeepa.Cheplung /2680m/ – Puiya /2770m/
Dystans: 10km, w górę: 800m , w dół: 700m
Dziś OSTATNI, 24 dzień treku. To mój najdłuższy pobyt w górach wysokich. Rano na niebie pojawiły się cirrusy, ale jakoś nam to nie przeszkadza, wieczorme nas już tu nie będzie.

Zreszą, deszcz nam niepotrzebny, bo czekała nas „przyjemność” założenia mokrych budów po wczorajszej zlewie. Niestety nie wyschły, bo nie miały gdzie. Wlodźy nie ma już grzania, jest nisko, turystów poza nami brak.
Dziś etap krótki, acz nieprzyjemny. Pamietamy to dobrze sprzed trzech tygodni, kiedy szliśmy wyślizganą i zasraną tysiącem mułów drogą, kiedy staliśmy w zatorach pomiędzy kolejnymi karawanami. I czeka nas solidne podejście. No nic, jakoś to będzie. Meta blisko.

Choć oczywiście początek bardzo miły.

Zaraz za Cheplung główny szlak skręca w lewo do Lukli, a my, niskobudzetowi turyści, skręcamy w prawo, do Surkey. Ci w lewo nawet jutro mogą być już w Kathmandu ubożsi o 200$. A my, z prawej strony, w Kathmandu będziemy za 3 dni bogatsi o niezapomniane wrażenia z jazdy nepalskimi drogami.

Kończy się Kharikhola i zaczyna się szlak pełen szlachetnego nawozu. Mamy szczęście, że dziś nie pada i co nieco wyschło.

I żeby nam lżej nie było co kilka minut przelatuje samolot zabierający kolejne grupy turysótw 😉

A my schodzimy do Surke w towarzystwie zmierzających w obie strony karawan mułów.

Przyznaję, trzeba cały czas zachowywać czujność, by nie zostać albo wpracowanym w stok, albo zepchniętym w czeluść stromego zbocza.

Już Surte, teraz przejść przez most i czeka nas prawie 600 metrów podejścia.

Tak, deski teraz to towar numer jeden jeśli chodzi o transpost.

W pewnym momencie wychodzimy na świeżo budowana drogę. Co za ulga! Bo drogę budują w tym miejscu z dwóch stron. Brakuje już im naprawdę niewile, pewnie na jesień będzie gotowa cała droga aż do Surke.

I o ile nie cierpię takich dróg, to w porównaniu do tego po czym szliśmy, jest to jednak zmiana jakościowa. Ale w przyszłości jak cały ruch transportowy przeniesie się na tę drogę, to stary szlak znów zabierze uroku i przed wszystkim będzie pozbawiony śladów bytności mułów.

A za zakretem mała niespodzianka. Najprawdziwsze auto! Co prawda nie ma zrobionej cale drogi, ale widziane przez nas auto należy do kierownika tego odcinka. Samochód został w częściach przeteansportowany śmigłowcem i złożone tu na miejscu. Co za pomysł!

A naj się odwrócimy to widać jeden ze szczytów otpczenia doliny Gokyo, Gyachung Kang, a także wciąż korzystające z dobrej pogody, lądujące w Lukli samoloty.

Nasz szlak schodzi z drogi i wraca na utartą starą ścieżkę.

Ze ścieżki widać obiecujący postęp prac.

Jeszcze pół godziny i jesteśmy na przełęczy. To ostatni moment, by spojrzeć na ośnieżone szczyty.
Spory ruch w powietrzu, trzeba przyznać.

Za przełączką inny świat. Bardziej kolorowy i przede wszystkim zielony.

Ten mijany porter zrobił na nas największe wrażenie.

Mijamy przysiółek Paiya. Widać, że droga zaraz tu będzie. Na tę okoliczność rozebrano jakiś dom, widać tędy będzie prowadzona droga. Budynek rozebrani i zapewne przeniesiono gdzieś niedaleko.

I już słyszymy stukot młota pneumatycznego. Budowa postępuje, przez te trzy tygodnie posunęli się jakieś 200-250 metrów. 
Kiedy dochodzimy do jeepa wydaje się że to jest koniec na dziś. Nic bardziej mylnego. To dopiero początek…
Okazuje się, że jest problem. Bo parę kilometrów dalej osunęła się cała skalna ściana i droga jest nieprzejezdna. Ale po naszej stronie zostało jedno auto i to ono jest teraz królem sytuacji. Zapewnia transport na odcinku początek drogi – osuwisko. I nie ma konkurencji. A reszta aut czeka z drugiej strony skalnego zawaliska.

Wsiadamy i ruszamy. Witamy się z naszym transportowym koszmarem.

Pierwsze 45 min jazdy po jakże eksperymentalnej nawierzchni wystarcza na pokonanie 4,5km. Teraz wysiadka z rzeczami i czeka nas spacer do busa po drugiej stronie osuwiska. Spacer, dodajmy, posiadający cechy wspinaczki wśród zbocza i wielkich jak pół domu skał. I że świadomością że w każdej chwili coś może się jeszcze odłupać. Ja jakoś nie pomyślałem, ze może to być dość wymagający odcinek, ruszyłem w sandałkach, z plecakiem i jeszcze jakąś siatką w ręce. Gdzieś w połowie odcinka było tkaie miejsce, skąd w dół ziało pustką na przynajmniej kilkaset metów. Brrr…

Jakoś dotarliśmy do busa i…. No powiem tylko że zajęło to kolejne 6 godzin i w tym czasie przejechaliśmy 55km.

Nawierzchnia bywała ekperymentalna, jechaliśy drogami, których nie było na żadnej z posiadanych przez nas map. Były mosty…

Była też na szczęście przerwa na obiad w jakże zielonych okolicznościach przyrody.
Muzyka „umilająca” jazdę oczywiście też była. Ścisk tradycyjnie obowiązujący. Droga często była tylko z nazwy. Średnia prędność? Jakieś 9km/h. Klasyka.

Dojechaliśmy ok 21 i wyjęliśmy nasze zwłoki do hotelu w Phaplu.
Pobudka o 5 niestety, jutro każda do Katmandu. 11-12h ale za to po asfalcie …
