14 maja 2024
Dzień dwudziesty czwarty – Renjo La czyli marzenia się spełniają.
Gokyo /4750m/ – Renjo La /5417m/ – Lungdhen /4350m/
Dystans: 12km, w górę: 600m , w dół: 1000m
Żegna się z nami jak senior, którego przez kilka dni mieliśmy okazję obserwować.
Lekki mróz ściął kałuże. Trzeba uważać na kamieniach. Jeden ślizg i można wylądować w wodzie. A tego nikt z nas nie chce..
Witamy i zarazem żegnamy się z Cho Oyu. Przepięknie się prezentuje w promieniach poranka.
Niby zimno, ale mamy od razu słońce, więc raczej będzie ciepło.
Nad jeziorem płążą sie…niestety nie mgły, tylko smrodliwy dym z lodży. Nepal szczyci się ekologią pod Everestem. Że niby cały plastik jest znoszony w doliny i poddawany recyklingowi. Nawet człwoiek bardzo ufny, czy wręcz naiwny nie da wiary w te zapewnienia. Rankiem wszystkie śmieci właście ulatują przez komin. Smutne. Zarazem straszne, bo smród przy tym jest nie do zniesienia.
Żadnej chmurki. Cud!
Nasz szlak obbchodzi jezioro, a potem ścieżka idzie lekko w górę. Przechodzmy na druga stronę dolinki i teraz juz stromo. Co ciekawe dziś idzie mi się doskonale. O ile wczoraj zupełnie bez sił to dziś świetne tempo, praktycznie bez odpoczynku.
Idzie się tak dobrze, że nawet nie zauważyłem jak zza pobliskiej grani wyrósł przefaktastyczny Everest z Lhotse!
Ale widać! Stoję i nie mogę się napatrzyć: Lhotse.
I Mount Everest.
Kończy się strome podejście. Idealne miejce na dłuższy postój.
Dalsza droga prowadzi szeroką i wolno wznoszącą się dolinką A tymczsem do widocznych Mount Everestu i Lhotse dołącza widoczny po prawej Makalu!
I z bliska…
Znów wiechołek Everestu.
I Lhotse.
I na lewo płaski wierzchołek Gyachung Kang.
Minęła 10, chmury już są z nami, ale jeszcze wszystko widać.
Renjo La coraz bliżej.
Po 4,5h jesteśmy na przełęczy. Choć trzeba przyznać że sporo z tego czasu przeleżelismy na postojach i zachwycajac się tym co widzimy.
To ostatnia przełęcz z całego dość wymagającego treku. Hurra! Bardzo jesteśy szczęśliwi.
Chmury już mieszają, ale tym razem nam to nie przeszkadza. Swoje dziś już widzieliśmy i tego nikt i nic nam nie odbierze.
Makalu.
A tak wygląda widok z drugiej strony przełęczy.
Spędzamy tu półtorej godziny. Może te najważniejsze szczyty się pochowały w chmurach, ale wszystko wokół wyglądało obłędnie.
Zaryzykuję stwierdzenie że to najbardziej widokowa himalajska przełęcz na której w ogóle byłem. A przecież byłem na wielu, wielu różnych. Tu jest wszystko, są ośmiotysięczniki w pięknej odsłonie, jest turkusowe jezioro, jest widoczna wioska w dolinie.Jest dużo różnych mniej wyniosłych szczytów. Rewelacja.
Nie mogło zabraknąć zdjęcia zdobywców.
W dole widać Gokyo, stąd właśnie rano wyszliśmy.
Zdjeciom, ochom i achom nie było końca.
Gyachung Kang.
Nie byliśmy sami na przełęczy.
Siedzimy i siedzimy. I wcale nie chce nam się stąd schodzić. W sumie to takie pożegnanie z wielkimi górami i wielkimi widokami..
Południe. Trzeba schodzić. I to mamy całe 1000m w dół. Sporo. Wpierw po zaśnieżonych schodach.
Idzie się spokojnie. Niczym ni eprzypomina to dramatycznego zejścia z Kongma La czy stromego szlaku ubezpieczonego linami Cho La.
Mamy świadomość, że do noclegu bardzo daleko i zejście będzie sie dłużyło.
Pogoda dość stabilna, chmury przyszły, ale trzymają się szczytów, a nad nami głównie błękit i świecące słońce.
Strome zejście było tylko przez pierwsze 45 minut, potem już szeroka i lekko opadająca dolina.
Po tylu godzinach zaczynamy odczuwać już znużenie. I postoje coraz częstrze.
Krajobraz się zmienia. Łapię się myśłi w tym momencie, że wygląda to jak jakiś Kaukaz, Gruzja.
Góry, które mijamy mają charakoter pasterski. Dużo ścieżek, często widzimy jakieś prowizoryczne bacówki wykonanie z kamieni.
W końcu widzimy naszą wioskę. Co za ulga.
Prawdziwa pasterska wioska. Ludzi bardzo mało. Ta część naszego treku jest najmniej odwiedzana przez turystów. Dziennie może kilkanaście osób.
A jaków brak, muszą być gdzieś wyżej na pastwiskach.
Szliśmy tu 9,5h. Jesteśmy zmęczeni ale zachwyceni dzisiejszym dniem. Dla takich dni marzy się latami, planuje miesiącami i chodzi w chmurach całymi dniami.
