[W stronę Everestu]. Dzień dwudziesty szósty – Namche Bazaar czyli w górach po sezonie.

Posted on BLOG

16 maja 2024

Dzień dwudziesty szósty – Namche Bazaar czyli w górach po sezonie.

Thamo /3530m/ – Namche Bazaar /3340m/ – Cheplung /2680m/

Dystans: 21km, w górę: 600m , w dół: 1400m

Spało się doskonale. Ciepło, tyle tlenu w powietrzu… Poranek przepiękny, widok z okna też.

Widząc stoliki na tarasie z taką panorama w tle nie wahamy się ani chwilę. Śniadanie w takich okolicznościach musi być przepyszne. Dziś mamy kawał drogi do przejścia. Ale ponieważ będzie głównie w dół i ponieważ to już ponad trzy tygodnie w górach, to jakoś zbieramy się dość leniwie.

Zaglądamy jeszcze do nowo budowanego klasztoru. Wszystko lni nowością. Intensywne kolory, zapach drewna, farby i zaprawy. Kalsztor był już tu wcześniej, obok widzimy jakieś starsze niewielkie zabudowania. Gospodyni dopowiada nam, że to dla odmiany klasztor dla kobiet.

Zarzucamy plecaki i ruszamy w dół. Nasz hotelik znajdowął się na samej góze wioski, zatem na początek czeka nas spacer przez całe Thamo. Widać, że tyrustyka tu jest tylko śladowym dopełnieniem wioski. Tu życie toczy się spokojnie, choć oczywiście w dość ciężkich warunkach.

Przyjemnie się idzie taką szeroką, łagonie opadającą drogą.

Znów osaczają nas rododentrony. Nie sposób się od nich uwolnić.

Thamo zostaje za naszymi plecami.

Dolina wciąż zachwyca. Jesteśmy niecałe 2 godziny od Namche, a tu praktycznie śladu turystów i całej zwiazanej z nimi intrastrukturą.

Mijamy kolejną wioskę, Samshing. I mijamy kolejnych porterów ciężko dźwigających stos desek.

W tle przed sobą cały czas mamy widok na dwa sześciotysięczniki: Thamserku, i Kusum Kanguru.

Szlak prowadzi bardzo wygodną ścieżką przez las. Czem mijamy kamienie mani i rozrzucone kępy rododentronów.

I już prawie Namche. Przed nami lądowisko śmigłowców. Jak widać, w ciągłym użyciu.

Za kolejnym niewielkim garbem odsłania się już nam nasz cel, szepańskie cetrum świata, Namche Bazaar.

Byliśmy tu dwa tygodnie temu. O jak wiele się zmieniło! Znaczy jest wszystko na swoim miejscu tylko… nie ma w ogóle ludzi! Wygląda na to, że skończył się sezon i turyści zeszli już w doliny.

Schodzimy stromym głównym „deptakiem” i jakoś tak nie możemy się odnaleźć.

Opustoszały bar kusi drinkami: yak attack i donkey piss. Dobrze, że jeszcze za wcześnie na postój.

Turystów brak, zatem Namche we włodanie biorą krowy.

Żegnamy się z Namche. Raczej już tu chyba nie wrócę, wszak tyle jest miejsc do odwiedzenia na świecie…

Kilkanaście minut później mijamy toaletę ciekawostkę. Jedna kabina darmowa, druga płatna. Zaintrygowani postanowiliśmy sprawdzić na czym polega różnica. Niestety nie było nam to dane, gdyż ta płatna była zamknięta. Aż szkoda…  😉

I łagodną, wygodną ścieżką schodzimy w kierunku mostu Hillarego.

Zauważamy, że w międzyczasie od naszego marszu w górę, ułożono całkiem spory kawałek kamiennej ścieżki.

Szybko przechodzimy przez most Hillarego. Tłumów i zatorów brak. To będzie pierwszy wiszący most z siedmiu na dziś.

Zaraz, tuż przed Jorsale, kolejny.

Tu zatrzymujemy się w tej samej lodży na obiad.

Już odczuwamy znużenie dniem, a to dopiero połowa drogi. W górze widać już zabudowania wejcia do parku narodowego.

Ale żeby tam się dostać trzeba pokonać bardzo dużo kamiennych schodów.

Turystów już prawie nie ma, ale kozy dalej idą w górę.

Dalsza trasa to typowe nepali flat, czyli tradycyjny rollercoaster. W górę i dół w górę i tak do końca dnia.
W międzyczasie, żeby za nudno nie było, zaczęło kropić.

Mżawka zamieniła się w regularny opad.

A regularny opad w całkiem niezłą zlewę.

A jak wchodziliśmy do Phakding to zlewa zamieniła się w najprawdziwszą burzę z piorunami.

Przycupnęliśmy pod jakimś okapem i czekamy. Deszcz po półgodzinie nieco zelżał, nam z kolei srobiło sie dośc mokro i zimno i ruszyliśy dalej.

Przed nami jeszcze było ze dwie godziny drogi, samo sie nie przejdzie. Niestety zaraz po tym jak ruszyliśmy z deszczu znów zrobiła się zlewa. I znów usłyszeliśmy pioruny.

Końcówka to już mniejszy deszcz, ale za to największe na dziś podejście. Do Cheplung docieramy zupełnie przemoczeni. I całkiem zmęczeni. Dziś ponad 20 km w nogach.

Jutro ostatni dzień! W mokrych butach niestety bo nie było gdzie wysuszyć….

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

CAPTCHA. Wykonaj poniższe działanie *