[W stronę Everestu]. Dzień dziesiąty – Krupówki czyli idziemy do Namche Bazaar

Posted on BLOG

Dzień dziesiąty – Krupówki czyli idziemy do Namche Bazaar

30.04.2024

Cheplung /2680m/ – Namche Bazaar /3440m/

Najedzeni i wyspani ruszamy w stronę Namche Bazaar. Wyczekujemy już Namcze, bo  to już ósmy dzień treku, a w kolejny mamy zaplanowany dzień aklimatyzacji. Co oznacza chwilę odpoczynku od codziennego marszu. Co prawda nie będziemy siedzieć i nic nie robić przez cały dzień, bo jakiś spacer trzeba zaliczyć, ale tak jakoś w głowie mamy zakododowane, że jutro będzie luz!

Ale to jutro. Dziś czeka nas pierwszy dzień spaceru wraz z setkami trekersów, którzy dopiero co wysiedli z samolotu z Lukli. Sa czyści, ciuchy są nowe i pachnące i ich spojrzenie to mieszanina radości i nieświadomości tego co tu czeka.

Sama trasa zdecydowanie różni się od tej, którą szliśmy od kilku dni. Zrobiło się tak jakoś czyściej, droga w lepszym stanie, tłoczno, dużo karawan z zaopatrzeniem. Budynki bogatsze, bardziej okazałe a i zwykłe murki mani są jakby mniej zwykłe, bo pomalowane, pokolorowane i jakoś lśniące nowością. A do tego wioska za wioską, dużo lodży, zwłaszcza takich o podwyższonym standarcie. Pojawiają sie puby (!!!), piekarnie, cukiernie i stragany z czem bądź. A nawet możliwość płacenia kartą… Słowem, z zachowaniem wszelkich proporcji, jakby zakopiańskie Krupówki. A sama droga? Dziś wyjątkowo urozmaicona, festiwal widzących mostów. bo kilkukrotnie przechodzimy z jednej na drugą stronę doliny. Bodajże pięciokrotnie, a mostów było sześć. Pierwszy raz widzę toaletę publiczną na szlaku. Początkowy szok trochę osłabł, jak okazało się, że toaleta może i jest, ale za to zamknięta… Ostatnie stopnie przed Phakding. Osada jest pełna udogodnień dla turystów. A wszystko to z faktu, że standardowe teki sunące z Lukli w kierunku bazy pod Everestem tu właśnie zatrzymują się na pierwszy nocleg. Ponieważ spaliśmy niżej, nie grożą nam tłumy na szlaku. Trekkerzy wyszli stąd dobre dwie godziny temu. Dzięki czemu nasza droga zyskuje na atrakcyjności, bo możemy powoli iść w względnej samotności. Wokół dużo uciech cywilizacyjnych. Bary, sklepy, piekarnie. Ponoć jest też jakiś bankomat! Na wioską mijamy kolejne stadko. Zastanawiamy się, czy idzie na jakieś pastwisko czy jako transport mięsa do Namche Bazaar.

Widoczność w normie, ale jakiś ośnieżony 6tysięcznik pokazuje się gdzieś tam wysoko.Pojawia się też ciekawostka. Szlaki tylko dla pieszych, na które nie wpuszczane są wszelkie zwierzęta, zarówno te transportowe jak te prowadzone na wypas. To całkiem miłe, bo na tych odcinkach ścieżka nie jest przynajmniej obsrana.Jesteśmy coraz bliżej granic Parku Narodowego. Jesteśmy coraz bliżej granic Parku Narodowego.

W pewnym momencie pojawia się nepalski szalony jeździec. Może wygląda to porywająco, ale te koniki nie są chyba przystosowane do dźwiganiu na grzbiecie tylu kilogramów, nie wspominając o kłusowaniu przez chybotliwy most wiszący. Nawet nasz przewodnik patrzy z lekkim niesmakiem.

Jesteśmy w Monjo.

Znajduje się tu wejście do Parku Narodowego Samarghatha. Kasa biletowa, sprawdzanie dokumentów, wpisywanie do wielkiej księgi. Trwa to dość długo, jak przystało na rozbudowaną nepalską biurokrację. I co ciekawe, pomiędzy 13 a 14 jest przerwa obiadowa i w tym czasie wejść się nie da. Przed wejściem nasze bagaże zaliczyły kontrolę. Kazano nam rozpiąć plecak, wypakować  połowę rzeczy. A wszystko to, by nikt nie przemycił drona.  Jego używanie na terenie parku jest zabronione, no chyba, że wystąpisz o specjalne zezwolenie i zaplacisz 5 tys. dolarów. Wzruszyła mnie ta troska o przyrodę, bo tym motywowany jest ów zakaz. Przyrodzie nie przeszkadzają dziesiątki lotów helikopterem w każdym możliwym kierunku, W godzinach porannych latają co kilka minut…

Powitalne zdjęcie. Po chwili kolejny most i lądujemy w Jorsale. To ostatnia osada przed Namche. Zatem to doskonałe miejsce na przerwę obiadową. Dziś moja klasyka, pomidorowa plus gotowany ryż. I hot lemon. I jeszcze jedna herbatka. Wspominałem, że dziś sporo mostów po drodze. To przedostatni na dziś. Kilkanaście minut i już widzimy ostatni, ten najbardziej znany. Most Hillarego. Obecnie używa się tego górnego. Most jest długi, wysoko zawieszony nad doliną i panuje na nim wielki ruch. I trzeba zachować czujność, by nie wpakować się na karawanę 😉 I na „koniec” zostaje 600 metrowe podejście do Namche. Tu ludzie idący z Lukli mają pierwsze kryzysy. Przekraczamy 3000 metrów, więc niezaklimatyzowani turyści trochę miękną. My już 8 dni w drodze, zaliczone 4000 metrów. Rozchodzeni, zaaklimatyzowani. Szybko i sprawnie idziemy tym niezastromym podejściem. Mijamy maruderów i w półtorej godziny dochodzimy do bramy wejściowej.. Hurra! Teraz czuję, że jestem w górach, że jestem pod Everestem… No i jutro czas na aklimatyzację i odpoczynek. Jak najbardziej zasłużony! Trochę się tu pozmieniało przez te 18 lat… Czuje się trochę jak na Krupówkach… Nasz hotel jest prawie na samej górze Namche. Z plusów fajny widok, z minusów, trzeba było tu wejść ;-). No to odpoczywamy…

A jutro będzie niezbyt długa wycieczka na lekko… Wczasy!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

CAPTCHA. Wykonaj poniższe działanie *