[W stronę Everestu]. Dzień siedemnasty – Everest Base Camp czyli marzenie milionów wędrowców.

Posted on BLOG

7.05.2024

Dzień siedemnasty – Everest Base Camp czyli marzenie milionów wędrowców.

Lobuche /4930m/ – – Gorak Shep /5160m/ – Everest Base Camp /5354m/ – Gorak Shep /5160m/

Poprzedniego wieczora położyłem się przed 19. Pobudka była przed 7. Ale ile tego snu mogło być netto? Połowa? Zmęczenie, ale przede wszystkim wysokość sprawiła, że przez pół nocy przewracałem sie z boku na bok. Zapewne przewalające się tłumy turystów i porterów pobliskim korytarzem nie pomagały. W sumie wpiuje się to w tradycję noclegów w Lobuche. Poprzednim razem nie było dla mnie miejsca w pokojach i spałem w jadalni z tragarzami. Choć wtedy też użycie słowa „spałem” było nadużyciem. Bo do snu układaliśmy się po 23, kiedy skończyli biesiadować Niemcy świętujący „zdobycie” bazy pod Everestem, a już przed piątą trzeba było ustąpić miejsca w jadalni dla grup właśnie zbierających się do „ataku szczytowego” na bazę. A że byłem wtedy przeziębiony i sam wrzucony w te Himalaje… Dawne czasy.

Pierwsze spojrzneie przez okno wyglądąło więcej niż zachęcająco. Słońce wschodziło gdzieś na grani. Piękne kolory, aż się chciało zaraz wstawać. Po śniadaniu, kiedy się już zbieraliśmy, okazało się, że złe ciemne chmury zdążyły już przyjść z dołu.

Także zasadniczo mogliśmy skupić się na podziwianiu pierwszego planu.

Dziś niestety nie da się uniknąć tlumow. Coś pomiędzy Krupowkami a drogą do Morskiego Oka.Trasa nie jest jakoś specjalnie ciężka. Jednak wysokość czyni dzisiejszy etap bardzo wymagającym. Kroki stawiamy powoli, bardzo powoli.Czasem chmury się nieco rozwiewają i odsłania nam się widok na otoczenie lodowca Khumbu. Ale żęby z wrażenia nie paść widoki są nam podawane w wersji oszczędnej, bez 7 i 8 tysięczników ;-).A sam lodowiec robi wrażenie, Zwłszcza jak sobie przypomnę, że wczoraj gdzieś tam nieco w dole żeśmy go trawersowali.Wspieliśmy się na nieco większy grzbiet i od razu poznałem to miejsce. Do tego miejsca dotarłem 17 lat temu. Nie miałem sił, odpuściłem i zszedłem 1000 metrów w dół by odpocząć, wyspać się i wyzdrowieć. Przede mną widać było już wypłaszczenie na brzegu którego powinnna znajdować się ostatnia osada przed Bazą, czyli Gorak Shep. Widać też najbardziej znany pagórek w Nepalu, czyli Kala Pattar, skąd roztacza się ponoć najpiękniejszy widok na Mount Everest. I na końcu lodowca widać też kolorowe plamki namiotów, to baza!Nad nią odsłoniła się przełęcz Lho Lha. W Polsce znana niestety z bardzo tragicznego wydarzenia, jakim była śmierć w lawinie piątki polskich himalaistów w 1989 roku. Dwójka z nich ( Eugeniusz Chrobak i Andrzej Marciniak) wracała ze szczytu, a pozostała czwórka ( Andrzej Heinrich, Mirosław Dąsal, Wacław Otręba i Mirosław Gardzielewski) wyszła im naprzeciw, by pomóc w zejściu. Lawinę na stokach przeżył tylko Marciniak. Cudem wygrzebał się spod śniegi i potrzebował jeszcze jednego cudu, jakim było zorganizowanie akcji ratunkowej. W niecałe trzy dni takową zorganizował przebywający w tym czasie w Kathmandu Artur Hajzer. To był nielada wyczyn, bo uzyskano zgodę na przejazd przed Tybet, a to był właśnie czas masakry na Placu Tian’anmen w Pekinie. Hajzer do pomocy zabrał dwójkę wspinaczy z Nowej Zelandii Roba Halla i Gary’ego Balla. Wszyscy potem ponieśli śmierć w górach. Rob Hall zginie 7 lat później podczas tragicznej i głośnej wyprawy na Mount Everest, opisanej przez Jona Krakauera w książce „Wszystko za Everest” („Into thin air”). Gary Ball również zginie w górach — w rejonie Dhaulagiri. Marciniak wrócił do wspinaczki po siedmiu latach, zginął w 2009 roku w Tatrach. A Hajzer w góry wrócił dopiero po kilkunastu latach i spadł z Gashebruma I w lipcu 2013. Sama akcja to gotowy materiał na trzymający w napięciu film fabularny. I oto cała baza!

Spoglądamy na Kala Pattar. Mamy nadzieję, że jutro uda nam się tam wejść i potwierdzić sławę panoramy ze szczytu.Siedzimy, zbieramy siły na ostatni odcinek przed Gorak Shep.Widać dobrze jak wytyczona trasa wije sie zaraz nad przepastnym urwiskiem.No to ruszamy.


Ostatnie metry przed wioską.W niecale 3h dochodzimy tu z Lobuche. To nasz najwyższy nocleg na treku – 5150m. To najwyżej położone miejsce w Nepalu ( 5160m) gdzie można znaleźć nocleg. Wiadomo, na tej wysokości i w tym miejscu trudno liczyć na jakieś luksusy. Ale nie szukamy przecież tu luksusów 😉 A wysokość robi wrażenie. Pojutrze odbędzie się Everest Extreme Trai. Z Lukli przez Nanche Bazaar i Trzy Przełęcze. 224 kilometry, prawie 14,5km w górę. Najlepszym potrzeba do tego nieco ponad 85 godzin. Szaleństwo… Hmm… Startować czy kibicować ?

W Gorak Shep zaliczamy lunch. Było do przewidzenia, że poziom cen będzie tu kosmiczny. I jest 😉

Nocleg 8$ w pokoju 2os. Szkanka herbaty 2-3$, sama ciapata 6$, zupy 6-8$, bal bhat 10$, smażone ziemniaki po 10-12$.  Piwo 10$, a cola 7$ – można szaleć 😉

Po obiedzie w planie była wycieczka. Albo na Kala Pattar albo do bazy pod Everestem. Z racji braku widoków cel wydaje się oczywisty. Idziemy do bazy i mamy nadzieję, że jutro pogoda się ulituje i będziemy coś widzieć ze szczytu.

Ruszamy późno i widzimy głównie schodzących. Idziemy wzdłuż lodowca Khumbu. Wygląda fantastycznie.

Trasa cały czas idziemy moreną lodowca. I po półtorej godziny widzimy już nieodległą bazę.To niesamowicie rozbudowane miasteczko. No ale jak musi pomieścić ponad 1000 osób to chyba nie ma się co dziwić. Przyznam, że cały czas ludize mnie zaskakują. Tłum ciągnie do bazy niczym mucha do lepu. Obrotni Nepalczycy oferują podwózki na konikach. Choć założenie jest w sumie rozsądne, by w razie potrzeby, zasłabnięcia, braku sił można było sprowadzić takiego delikwenta do hoteliku. Ale od wczoraj widzimy, że niektórzy urządzają sobie konną przejażdżkę na całej trasie. Ręce opadają, bo te koniki raczej nie powinny dzwigać wiecej jak 30-40kg. Taka zresztą jest norma w agencjach przy wynajmowaniu zwierząt jucznych. Przodują w tym Chińczycy. Ale najgorsze chyba są przypadki podwożenia do bazy i z powrotem ludzi któzy nie maja sił dojść tam na własnych nogach. Jak to jest, że ludzie widzą, że są w złej kondycji. Widzą to też ich współtowarzysze, przewodnicy. Ale kasa to kasa, a zdjęcie Zdobywcy pod bazą trzeba mieć. Mijają nas czasem ludzie totalnie zamroczeni, którzy chyba nie widzą gdzie i po co tu są. Bezwładnie opadają w siodle. Zastanawiam się, co ktoś taki będzie pamiętał, jaką z tego ma przyjemność? Bo przecież po to tu przyjeżdzamy chyba…

Ostatnie podejście pod bazę.

Jesteśmy na miejscu! Nawet na tę okoliczność przestał sypać śnieg i pojawiło się słońce.Trafiamy na idealny moment i przy tablicy, gdzie z reguły jest dziki tłum podekscytowanych trekkersow którzy stają w wielkiej kolejce do zdjęcia.  A tu pusto… Z tym miejscem wiąże się też trochę śmieszna historia. Otóż kiedyś była tylko baza, potem pojawiła się tu mała tabliczas z napisem Everest Base Camp. Następnie ktoś wpadł na „genialny” pomysł i umieścił stosowny napis na kamieniu za pomocą czerwonego spreja. Jak widać z tyłu, podziałało to na innych „turystów” i wielu z nich zaczęło ów kamień zdobić. Miejsce to stało się bardzo znane, dzięKi fotkom na Instagramie. Przez kilka lat w=miejscowe władze zastanawiały się co zrobić z tym fantem i wymyśłili. Postawili miesiąc temu wielką tablicę, która ową pstrokatą skałę zasłoniła. Z niejakim zdumieniem i rozbawieniem obserwowałem jęki, zawodzenia i okrzyki rozpaczy na stosownej grupie fesjbukowej. Masowo zaczęły pojawiać się głosy oburzenia: „jak można było zasłonić kultowy kamień”, „ja specjalnie do tego kamienia jade za dwa tygodnie, teraz to nie ma sensu. odebrano mi go”. Słów mi czasem brakowało czytając te wpisy, no ale jak widać ludzie mają różne motywacje..

Życie dopisało ciąg dalszy. Po kilku tygodniach od naszej wizyty tablicę przestawiono kilka metów obok, by „wszyscy” byli zadowoleni. No nie byli, bo jakiś czas potem jakiś mocno nepalki Nepalczyk przekreślił ( a jakże, sprejem ) nazwę Everest, dopisał obok NO i nad tekstem Base Camp domalował CHOMOLUNGMA. Może nie jest piękniej, ale na pewno ciekawiej…

Tymczasem cieszymy się z faktu, ze już doszliśmy i możn abędzie teraz schodzić.Zaraz obok tablicy swoje namioty ma znana agencja wspinaczkowa „7 summit. Prowadzi ją Mingma Gyalje Sherpa, pierwszy nepalski zdobywca korony Himalajów.

Trzeba przyznać, że okolica nie wygląda za dobrze, wokół kolejne popisane kamienie. Może jakby było coś więcej widać, to nie skupiałbym się tak na pierwszym planie. Ale skoro nie możaa podziwiać okolicznych strzelistych, ośnieżonych szczytów…Z wielkim smutkiem i wstydem zauważam, że polscy „turyści” w niczym nie ustępują turystycznej szarańczy z całego świata. Żałuje bardzo, że nie podpisali się z nazwiska, bo byłoby łatwiej ustalić tych półgłowków.

Nic tu po nas. Przy wejsciu do bazu pusto, wszyscy już schodzą albo wręcz zeszli do Gorak Shep.

Tu też są jakieś okazy fauny! Pleszka chińska.I dziwonia duża.

Resztę dnia spędzamy nad herbatą w lodży i idziemy szybko spać. Będzie pewnie zimno, no i wstajemy o jakieś nieludzkiej porze, by wyjśc na wschód słońca na Kala Pattar.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

CAPTCHA. Wykonaj poniższe działanie *