6.05.2024
Dzień szesnasty – Kongma La czyli idziemy na pierwszą przełęcz
Chukhung /4730m/ – Kongma La /5535m/ – Lobuche /4930m/
Wstajemy o 5 rano. Podczas śniadania trzeba podjąć decyzję. Górą, przez przełęcz Kongma La, czy dołem.
Pogoda niejasna, chmury.JKako że raz się żyje, to decydujemy się iść jednak na przełęcz, skoro trekking ma nazwę Trzy Przełęcze, to dajmy szansę tej pierwszej. 🙂
Wychodzimy. I od razu chmury się rozwiewają.
Temperatura lekko ujemna, ale przed nami długie podejście, bedzie okazja i sposobność, by się rozgrzać.
Mozolnie, krok za krokiem… Nie forsujemy tempa.
Widoki łaskawe i nawet oszałamiające. Najokazalej prezentuje się Ama Dablam.
Lhotse też widoczne! Choć przymglone to jednak się pokazało.
Ścieżka powoli pnie się w górę. Albo zakosy, albo łągodnym, prowadzącym w górę trawersem.
I jest niespodzianka! Czyli wystający zza grani kolejny wyczekiwany przez nas ośmiotysięcznik – czyli Makalu.
I choć wydawałoby się, że na tej wysokości to już tylko kamienie i śnieg to mijamy siedzącego na pobliskiej skałce sporego ptaka. To ułar tybetański.
Po jakiś dwóćh godzinach teren nam się wypłaszczył. Wchodzimy do zawieszonej dolinki.
W oddali pięknie prezentuje się ostra grań Nupste.
Każde wypłaszczenie niestety się kończy i czas na trudne, strome prawie 200 metrowe podejście. Jesteśmy już na wysokości blisko 5300 metrów. Są zakosy, ale i tak jest ostro w górę..
Koniec podejśćia, uff… Minęła 10 i skończyła się dobra pogoda. Nadeszły chmury, słońce zniknęło i od razu zrobiło się znacznie zimniej.
Naszą przełęć zjuż widać. Wygląda stąd niedostępnie, ale pewnie jak dojdziemy pod ścianę to droga sama się nam pokaże.
Jezioro zamarznięte, zimno, jakoś tak mało przyjemnie. Na szczęście przełęcz niedaleko.
Luźne, osypujące się kamienie, stromo.
Jest przełęcz. Kongma La /5535m/; Pierwsza na naszej trasie i zarazem najwyższa. Pogoda coraz gorsza. Zaczyna zacinać śniegiem z deszczem.
Nie siedzimy długo, kilka minut. Parę zdjęć, złapanie oddechu.
Zejście okazuje się sporym wyzwaniem. Śnieg sypie mocno, a drogą w dół prowadzi przez wielkie piarzysko.
Ślisko, brak śladów. Schodzimy wolno, za wolno. Schodzimy już jakieś 40 minut, a zeszliśy w dół może ze 100 metrów.
Po godzinie pojawia się jakoś zalążek ścieżki i tempo na szczęście rośnie. Jest mokro, czujęmy tę wszechobecną wilgoć, .
Pierwszy, krótki postój. Na stojąco, bo jak tu siadać…
Chmury trochę się rozwiały i zobaczyliśmy kodowiec Khumbu. Ale jeszcze dużo do zejścia!
W każdym razie idzie się znacznie lepiej niż w okolicy przełęczy. Tu jest więcej wody aniżeli śniegu.
Za lodowcem widać już zabudowania Lobuche. Wygląda tak blisko, kusi swoim ciepłem i suchym miejscem pod dachem. Ale nie mamy złudzeń. Jeszcze kilka godzin marszu przed nami .
Po 2,5h od przełęczy jesteśy już przy lodowcu. Khumbu bierze swój początek u stóp Everestu.W linii prostej do Lobuche już blisko. Droga przez lodowiec wytyczana jest co sezon.I bardzo kluczy…
Wpierw idziemy dobre 15 minut wzdłuż lodowca I znów zaczyna się kolejny trudny etap. Śnieg ponownie zaczya sypać.
A tu trzeba iść przez wielkie głazy. Jest śłisko, pomiędzy kamieniami zieje ciemna pustka i lustro lodowcowej wody. Pierwsze 100m zajmuje nam jakieś 45 minut. Jesteśmy już zmęczeni, w trasie od godzin.
Potem na szczęście droga robi się prostrza…
Teraz to już spacerek wyraźną ścieżką.
Po kolejnym kwadransie widizmy nasz upragniony cel – Lobuche!.

Jest już po 17, w lodży mnówsto ludzi, dostajemy ostatnie, chyba najgorsze miejsca. Ale dziś ma to umiarkowane znaczenie. Jeść, pić i spać…
Jutro idziemy pod bazę Everestu, ale to już będzie spacer porównując z dzisiejszą wyrypą.

