Dzień trzeci – Jedziemy czyli 12 godzin na karuzeli
23.04.2024
Kathmandu – Dhap
Dzikim porankiem, bo około 4:15 byliśmy umówieni na jeepa jadącego do Salleri. Czy można to nazwać wakacjami? A potem 12 godzin jazdy. Choć słowo jazda nie oddaje nawet cząstki tego, czego doświadcza się podczas takiej „podróży” Wiedzieliśmy na co się piszemy, więc przyjęliśmy to jako coś oczywistego i naturalnego. Jeep ma trzy rzędy siedzeń. W warunkach europejskich mieściłby 5 osób i kierowcę. No może dwie więcej przy maksymalnym ścisku. Tu zaś standardem jest 12 osób z kierowcą. Tu niemożliwe jest w standardzie… Ścisk potęguje fakt, że siedzenia są przystosowane na wzrost przeciętnego Nepalczyka. Oznacza to, że każda osoba mająca powyżej 160 cm nie bardzo ma co zrobić z nogami, bo miejsca na nie nie ma. No ale byliśmy na wakacjach, nie? 😉
Wsiadaliśmy do auta z nadzieją, że może w te siedem-osiem godzin dojedziemy. Bo przecież droga jest asfaltowa, a kilometrów nieco ponad 200. Szybko pozbyliśmy się złudzeń, bo dwie godziny wyjeźdzaliśmy z Kathmandu. I nie chodzi o to że był jakiś korek. To co to nie. Podjechaliśmy w jedno miejsce, tam się ktoś dosiadł, potem w drugie, gdzie zapakowaliśmy jakieś torby, które wylądowały na dachu. Potem kolejne miejsce. A wszędzie trzeba było stać i czekać. Mnie najbardziej frapował siedzący z przodu Nepalczyk, kory na swoich kolanach wiózł stare, zużyte i poplamione plastikowe wiadra po farbie. Coś co powinno wylądować na śmietniku. Tu zaś zapewne owe wiadra zaczynały drugie i pewnie nie ostatnie z żyć. Takie miejscowe ZERO WASTE. W końcu już po 6 rano po zwiedzeniu połowy przedmieść Kathmandu ruszamy z miasta!
Trochę usiłujemy przysnąć, ale nie jes tto proste. Kierowca „umila” wszystkim podróż serwując same miejscowe „szlagiery” muzyczne. Do tego ściśnięci jak te sardynki…
Nawierzchnia nie zawsze niestety składała się z asfaltu. Czasem ktoś chyba ją zwijał, dzięki czemu jechaliśmy w tumanach kurzu i podskakując na kolejnych dziurach i muldach sięgając czasem głową dachu auta.
Czasem trafiały się przerwy. To był te krótkie momenty, gdzie można było dać odpocząć uszom oszołomionym od decybeli muzyki i kolanom, które nie zwykłe tkwić godzinami w niewygodnej pozycji.
Nie spytaliśmy się kierowcy czy jest kibicem Barcelony, ale okleina auta sugerowała takie rozwiązania. Choć może to po prostu był kibcć Messiego…
Trafiła się też przerwa na jedzenie. Kierowca i miejscowi wspołpasażerowie ochoczo ruszyli do przydrożnej jadłodalni. Nasze zmaltretowane żołądki jednakowoż nie dawały żadnych sygnałów zachęcających do konsumpcji. Także pozostawało picie wody. Dużo wody, bo upał był nieznośny.
Po 12h jazdy pełnej zakrętów, jazdy po asfalcie, dziurach po asfalcie, kamieniach, muldach z wielką radością wyczołgaliśmy się z auta gotowi całować ziemię, na którą postawiliśmy swoje nogi. Znaliśmy już wszystkie obecne przeboje nepalskiej muzyki, część z nich mogliśmy już nawet nie nucić a wręcz śpiewać.
Byliśmy w Dhap. To niewielka osada leżąca przy drodze. Ledwie kilka domostw, w tym nasze, będące na dziś naszym luksusowym hotelem. Luksusowym, bo dadzą jeść i spać. Na więcej luksusów nie ma co liczyć. Wody brak, więc mycie na dziś też mamy z głowy. Ale nie ma się co przejmować drobiazgami. Jesteśmy na wysokości aż 3000 metrów, co napawa nas z jednej strony optymizmem co do aklimatyzacji na zasadniczą część treku, a zarazem sieje lekką obawę co do aklimatyzacji na najbliższe dni.
Pogoda była. Znaczy słońce z trudem przebijało się przez zwarty szereg chmur. Choć znajdowaliśmy się na grzbiecie niewiele widzieliśmy. Widoczność sięgała co najwyżej kilometra, może dwóch.
Spotykamy nasze nepalskie wsparcie. W zasadzie można byłoby się obejść bez takiej pomocy. Ale taka pomoc oznacza większy spokój i komfort. Tragarz, wiadomo. Kilka kilogramów mniej to naprawdę dużo na tym trudnym treku. A przewodnik? Zdejmujemy w ten sposób z własnej głowy wszelkie problemy związane z rezerwacją noclegów, a pod Everestem może być z tym problem. Do tego przypilnuje naszych zamówień w lodżach. Niestety turyści indywidualni są na samym końcu: zarówno w kwestii miejsc noclegowych, jak i obsługi w lodżach. Bir będzie naszym przewodnikiem i tragarzem a Penba jego pomocnikiem, czyli tylko tragarzem. Oczywiście niosącym sporo więcej od swojego „szefa”. Obaj pochodzą skąd, z sąsiedniej wioski. Zależało nam na tym, żeby dać zarobić właśnie miejscowym.
W oczekiwaniu na kolację idziemy na pobliskie wzgórze. Z nadzieją na widoki. Płonną jak się okazuje. Na szczycie wieje, jest ponuro.
Zamiast obiecanego widoku na Everest mamy tysiące łopoczących flag modlitewnych. I całkiem spory czorten. 
A potem kolacja, ostatnie przepakowanie i spać.
Jutro w końcu zaczynamy zabawę!


