3.05.2024
Dzień trzynasty – Everest, tary i latające śmigłowce, czyli zwykły dzień w górach.
Portse /3820m/ – Dingboche /4320m/
Piękny poranek, kolejny piękny poranek. Żegnamy się z naszą gospodynią. Poziom gościnności – jak na razie najwyższy na tym wyjeździe.
Wychodzimy ponad wioskę i w oddali pokazuje się taki mały biały czubek. To Cho Oyu! Jak wszystko pójdzie dobrze, to będziemy go widzieć z bliska. Ale to za jakiś tydzień z okładem.
Nie tylko my ruzamy w góry, obok nas powoli i dostojnie suną w stronę pastwisk jaki.
A inne akurat wracają.
Dziś w planie długi widokowy trawers wysoko nad doliną. Niestety okazuje się, że jest on w klasycznym stylu Nepali Flat. Stromo po schodkach w dół, potem w górę, znów w dół. Rollercoaster. Sytuację ratuje fantastyczna sceneria i przepyszne widoki.
Po drugiej stronie doliny widać bardzo znany klasztor w Tengboche.
Ale my sycimy się widokami i absolutną pustką na szlaku. Chce się żyć!
Sielankę psują tylko latające co chwila helikoptery. Niestety takie czasy nastały, że służą one obecnie jako nieomalże taksówki. Kursują z bazy i do bazy. Przewożą ludzi, zaopatrzenie. Problem jest naprawdę poważny i chyba sami napalczycy zaczęli go dostrzegać. Oczywiście chodzi o kasę. Transport lotniczny to własność firm z Kathmandu, a wypierają one karawany jaków jako podstawowe źródło zaopatrzenia Bazy. I co za tym idzie miejscowi nie zarabiają, kasa ucieka do stoolicy i kieszenie kilku wpływowych ludzi. Coraz głóśniej mówi się o ograniczeniu lotów.
Kiedyś himalaiści zdobywający Mount Everest podczas aklimatyzacji w celu odpoczynku i regeneracji schodzili do wiosek 1000 metrów w dół. Teraz bardziej popularny jest przelot do Lukli, a nawet Kathmandu na kilka dni. A ponieważ pod górą czeka na szczyt ponad tysiąc osób, no to śigła lataja i latają.
Idąc dziś doliną co kilka minut wpierw słyszymy a potme widzimy kolejny helikopter latający a to do bazy, a to z bazy. Co by nie powiedzieć, szkodzi to nieco przyjemności z faktu przebywania w górach.
Ale przecież nie o komfort turystów tu chodzi, a o kasę, więc jest nadzieją, że loty zostaną ograniczone do niezbędnego minimum.
Ama Dablam w najlepszym wydaniu.

Za kolejnym zakrętem pojawia się już znany nam masyw Lhotse i Monut Everestu.
Trzeba przyznać, że o ile wczoraj było widokowo, to dziś jest jeszcze piękniej. Aż żal iść, botaki widok to chciałoby się mieć dłużej przed oczami.
W dole widzimy już ścieżkę pełną ludzi, Ale spokojnie, połączy się on az naszą dopiero na Pangboche, osady widocznej jeszcze z pewnego oddalenia.
Ale widoki to mało. Przy naszej ścieżce zauważamy… kozice? Przy bliższym zapoznaniu okazuje się, że to tutejszy odpowiednik tatrzańskich kozic, czyli tary himalajskie.
Niestecjalnie płochliwe.
I pozują niczym najprawdziwsze modelki. Wiedzą, gdzie się ustawić, by za placami mieć TAKĄ górę… 😉
Zbliżamy się do Pangboche. Jeszcze niestety za wcześnie na dłuższą przerwę, ale na herbatkę oczywiście stajemy..
I dochodzimy do głównego szlaku. Na szczęście jestreśmy tu później niż wszyscy trekkerzy idący z Tengboche. Są jakąś godzinę przed nami. Fakt, mieliśmy nieco dalej, a i tempo dziś dość spokojne. To Nepali Flat nam nieźle dało w kość.
No zdecydowanie. Dziś jest najbardziej widokowy dzień na całym treku…
Pocztówkowe widoki. Przed nami już widać wioskę Shomare. Tam zaplanowaliśmy obiad.
Ale wcześniej jeszcze zdjęcia – Everest.
I Ama Dablam.
Shomare okazało się być bardzo brzydką i brudną wioską, która istnieje tylko dlatego że tu wypada przerwa na lunch dla większości grup. Aż żałujemy, że nie zatrzymaliśmy się wcześniej w Pangboche. Pogoda się lekko psuje, przyszły chmury i zasłoniły nasze widoki. Teraz zatem nie ma już spowalniaczy i można skupić się na dotarciu do naszego celu, wioski Dingboche. Swoją drogą idzie się coraz cięźej i wolniej.
Po przekroczeniu potoku lekkie podejście i za kolejnym garbem widać Dingboche.
W planie na dziś było jeszcze wyjście aklimatyzacyjne na nieodległy punkt widokowy o wysokości blisko 5 tysięcy metrów. Jest jednak już nieco późno, widoki uciekły, a my zmęczeni. Przekładamy aklimatyzację na jutro.


